Steve Jobs na Stanford – ethos, logos, pathos i prostota w wystąpieniach

Na początek wyznanie. Trudno się do tego przyznać, ale obejrzałem film Patryka Vegi pt. Polityka.…

3535 słów
18 minut
3535 słów
18 minut

Przed Tobą

3535 słów
Ich czytanie zajmie Ci około
18 minut
Jeśli zdecydujesz się powiedzieć tak temu tekstowi, dowiesz się:

  • Ocenię film „Polityka” Patryka Vegi
  • Przytoczę mit 7-38-55
  • Zobaczysz że mit to tak naprawdę błędna interpretacja badania Mehrabiana
  • Przedstawię Ci przykład Steve’a Jobsa jak wzór retoryki i obsesji na punkcie jakości słowa

Na początek wyznanie. Trudno się do tego przyznać, ale obejrzałem film Patryka Vegi pt. Polityka. Choć słowo film w odniesieniu do tego zbioru etiud na poziomie licealnego kółka teatralnego z Supraśla jest dużym komplementem. Ale skoro deweloperzy nazywają mieszkanie o powierzchni 28 m² luksusowym apartamentem, to może i Vega nazywać swoje cyfrowe zapisy scen, w których aktorzy wypowiadają słowa, filmem.

„Polityka” trwa 2 godziny i 14 minut. Ja obejrzałem ją w 58 minut. Po prostu dużą część filmu przewijałem. Początek obejrzałem jednak prawie w całości. Jest tam kilka scen, w którym postać pani premier jest poddawana „obróbce”. Stylistki stylizują. Makijażystki makijażują. A trenerzy trenują.

Jest oczywiście trener wystąpień publicznych. W tej roli (ciekawostka) mój kolega z teatralnych lat w Muzycznym – Andrzej Pieńko. Trenując panią premier powtarza najczęstszy chyba mit, który można usłyszeć od wielu szkoleniowców i (o zgrozo) wykładowców akademickich.

Chodzi o 7-38-55.

Czyli o przekonanie, że słowo jest praktycznie nieistotne. Bo odbiorca lwią część zdania na temat mówcy i wystąpienia czerpie z komunikacji pozawerbalne. A słowo odpowiadają za jedynie 7% wrażenia. Czyli nie ważne co mówisz. Ważne JAK mówisz i jak przy tym wyglądasz. No i oczywiście, czy zrobisz przy tym wieżyczkę ekspercka. Która trener w filmie demonstruje.

Ten mit 7-38-55 wziął się z błędnej interpretacji badania profesora Mehrabiana. Walczę z nim od 10 lat. I wciąż mam sporo roboty do zrobienia.

Z mitem 7-38-55 rozprawiam się w tym tekście.

Gdyby Steve Jobs poszedł w 1984 roku do takiego trenera, jak ten z filmu „Polityka”. Gdyby swoją pierwszą prezentację przygotowywał pod okiem kogoś, kto wierzy w 7-38-55. Gdyby nauczył się „dominującej wieżyczki eksperckiej”, to stawiam tezę, że Apple nie byłoby tam, gdzie jest dziś.

Na szczęście Jobs uczył się sam. A w nauce stawiał na najlepsze arystotelejskie wzorce retoryczne.

Miał też obsesję na punkcie jakości. W tym jakości słowa. Tak wzgardzonego przez niektórych trenerów wystąpień publicznych.

Ta świadomość słowa przebija przez wszystkie jego wystąpienia. Także przez wystąpienie dla studentów Stanford z 2005 roku. Do dziś wyświetlone na Youtube ponad 35 milionów razy.

Stanfordzka przemowa Jobsa to obok wystąpień Obamy, Luthera Kinga, czy Roosevelta jeden z lepszych przykładów dobrej retoryki.

Jobs miał świadomość słowa. Kochał je. Nie na tyle jednak, by używać go w nadmiarze. Tak jak w produktach, tak i w przemówieniach stosował dewizę Less is more. Mniej znaczy więcej.

Jobs wycinał to co zbędne. Najczęściej uśmiercał przymiotniki. W jego wystąpieniach stanowią do 8% całości. Po jego śmierci – gdy na scene metaforycznie i dosłownie wszedł Tim Cook – liczba przymiotników wzrosła o 28% (do poziomu 10.24%). Jobs używał przymiotników by opisać fizyczność produktów. Mało w jego wystąpieniach przymiotników incredible, revolutionary, czy amazing.

Jobs wiedział, że przekonywanie ludzi do produktów za pomocą tych tanich słów jest przeciwproduktywne.

W wystąpieniu ze Stanford są 2263 słowa. Tylko 6% to przymiotniki. To dobry wynik. Podobnie jak inne statystyki. Indeks czytelności FOG – 6,97. To oznacza, że Jobs używa języka bardzo prosty, zrozumiałego już dla uczniów szkoły podstawowej. To zaleta. Nie wada.

Zdania konstruuje średnio z 15.39 wyrazów. Znów świetnie. Ewangeliści prostego języka (ang. plain language) zalecają zdania nie dłuższe niż 15 wyrazów. Z wyjątkami wykraczającymi poza tę liczbę.

54% zdań Jobs formułuje w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Świetnie. Bo choć intuicja podpowiada, że takie narracje odbieramy jako narcystyczne, to mówienie z perspektywy JA wzmacnia u odbiorcy empatię. Wskazują na to badania zespołu neuropsycholożki Ye Yuan z McMaster University. Okazuje się, że aktywne narracje prowadzone z pozycji bohatera w pierwszej osobie liczby pojedynczej pobudzają ośrodki empatii, wzmacniają motywację do słuchania i emocjonalnego inwestowania w historię.

A Jobs opowiada 3 historie. To one tworzą strukturalny szkielet przemowy. Zaprojektowane jak niezależne teksty razem tworzą logiczną całość. To historie o łączeniu kropek, o miłości i stracie i o śmierci. Pierwsza to oda do odnajdywania siebie. Druga do pasji, która jest najlepszym kompasem. Trzecia do nieuchronności końca i korzyści z jego świadomości. To też 3 kamienie milowe w życiu Jobsa.

W tych historiach dużo jest LOGOS – Jobs używa słów by swe tezy udowodnić.

Zdania tworzą logiczną całość. Nie ma dygresji. Nie ma chaosu czy waty słownej. Trzy historie to także trzy duże argumenty za pewnym określonym nastawieniem (ang. mindset). Tym, które podsumował Jobs w ostatnich słowach:

Stay Hungry. Stay Foolish.

To zawołanie jest piękne w formie. Rytmiczne. Proste. To prawie idealny zestrój słów. Wpisuje się w zasadę rhyme-as-reason effect. Czyli błąd poznawczy, przez który to co rytmiczne, rymowane i proste do zapamiętania, nasz mózg często klasyfikuje jako bardziej wiarygodne.

Ten sam zabieg Jobs stosuje zapowiadając druga historię. Mówi My second story is about love and loss. I właśnie to love and lose brzmi jak muzyka.

LOGOS to jeden z trzech boków arystotelejskiego trójkąta retorycznego. Pozostałe dwie to Ethos i Pathos. Proporcje tychże przesądzają o jakości wystąpienia. Od 2300 nic się w tym względzie nie zmieniło.

Jobs konstruuje wystąpienie. Świadomie składa z elementów i uważnie dobiera słowa. Jego LOGOS to mocny fundament. Ethos i Pathos pojawiają się także.

Pathos to emocje. Ale nie te, które przeżywa prelegent. Te, które wywoła słowami u odbiorcy. Jobs by osiągnąć pathos korzysta z dwóch sprawdzonych sposobów. To storytelling i prostota. Jobs nie epatuje emocjami. Nie narzuca ich. Co więcej, rzadko nawet daje słuchaczom wgląd we własne stany emocjonalne. Nie mówi co czuł, gdy stracił firmę. Nie opisuje lęku i rozpaczy, który mógł czuć, gdy dowiedział się, że ma raka.

Zamiast tego Jobs opisuje rzeczywistość jak dokumentalista. Prostymi zdaniami i prostymi obrazami. To wystarczy. Emocje same się u słuchacza zrodzą.

Ethos to wiarygodność. Autentyczność. To on sprawia, że mówcy wierzymy. Nie buduje się go przez narcystyczne epatowanie sukcesami, pozycjami w rankingach i stanem konta. To znaczy można, ale nie na każdym to zrobi wrażenie. Jobs to wie. Zresztą w tym wystąpieniu nie chodziło o wzmocnienie ethosu człowieka sukcesu. W 2005 roku wielu ludzi na ziemi, a z pewnością studenci Stanford, wiedzieli kto do nich mówi. Wiedzieli też, że jest człowiekiem sukcesu.

Jobs buduje ethos nauczyciela. Mistrza i Yody. Kogoś kto przeżył swoje i teraz dzieli się prawdą o istocie rzeczy. Ten ethos buduje między słowami. Nie epatuje nim jak radzieccy generałowie medalami na klacie. Po prostu opowiada historie. I my mu wierzymy.

To wystąpienie warto obejrzeć. Myślę jednak, że trzeba je też często analizować. Rozbierać na kawałki i te kawałki podkradać do swoich wystąpień. Tak zrobił by Jobs. W końcu to on podkradł koncept Picassa (Dobrzy artyści kopiują; wielcy kradną) i wypowiedział go swoimi słowami

We have always been shameless about stealing great ideas.


Transkrypt wystapienia Steve’a Jobsa:

I am honored to be with you today at your commencement from one of the finest universities in the world. I never graduated from college. Truth be told, this is the closest I’ve ever gotten to a college graduation. Today I want to tell you three stories from my life. That’s it. No big deal. Just three stories.

The first story is about connecting the dots.

I dropped out of Reed College after the first 6 months, but then stayed around as a drop-in for another 18 months or so before I really quit. So why did I drop out?

It started before I was born. My biological mother was a young, unwed college graduate student, and she decided to put me up for adoption. She felt very strongly that I should be adopted by college graduates, so everything was all set for me to be adopted at birth by a lawyer and his wife. Except that when I popped out they decided at the last minute that they really wanted a girl. So my parents, who were on a waiting list, got a call in the middle of the night asking: “We have an unexpected baby boy; do you want him?” They said: “Of course.” My biological mother later found out that my mother had never graduated from college and that my father had never graduated from high school. She refused to sign the final adoption papers. She only relented a few months later when my parents promised that I would someday go to college.

And 17 years later I did go to college. But I naively chose a college that was almost as expensive as Stanford, and all of my working-class parents’ savings were being spent on my college tuition. After six months, I couldn’t see the value in it. I had no idea what I wanted to do with my life and no idea how college was going to help me figure it out. And here I was spending all of the money my parents had saved their entire life. So I decided to drop out and trust that it would all work out OK. It was pretty scary at the time, but looking back it was one of the best decisions I ever made. The minute I dropped out I could stop taking the required classes that didn’t interest me, and begin dropping in on the ones that looked interesting.

It wasn’t all romantic. I didn’t have a dorm room, so I slept on the floor in friends’ rooms, I returned Coke bottles for the 5¢ deposits to buy food with, and I would walk the 7 miles across town every Sunday night to get one good meal a week at the Hare Krishna temple. I loved it. And much of what I stumbled into by following my curiosity and intuition turned out to be priceless later on. Let me give you one example:

Reed College at that time offered perhaps the best calligraphy instruction in the country. Throughout the campus every poster, every label on every drawer, was beautifully hand calligraphed. Because I had dropped out and didn’t have to take the normal classes, I decided to take a calligraphy class to learn how to do this. I learned about serif and sans serif typefaces, about varying the amount of space between different letter combinations, about what makes great typography great. It was beautiful, historical, artistically subtle in a way that science can’t capture, and I found it fascinating.

None of this had even a hope of any practical application in my life. But 10 years later, when we were designing the first Macintosh computer, it all came back to me. And we designed it all into the Mac. It was the first computer with beautiful typography. If I had never dropped in on that single course in college, the Mac would have never had multiple typefaces or proportionally spaced fonts. And since Windows just copied the Mac, it’s likely that no personal computer would have them. If I had never dropped out, I would have never dropped in on this calligraphy class, and personal computers might not have the wonderful typography that they do. Of course it was impossible to connect the dots looking forward when I was in college. But it was very, very clear looking backward 10 years later.

Again, you can’t connect the dots looking forward; you can only connect them looking backward. So you have to trust that the dots will somehow connect in your future. You have to trust in something — your gut, destiny, life, karma, whatever. This approach has never let me down, and it has made all the difference in my life.

My second story is about love and loss.

I was lucky — I found what I loved to do early in life. Woz and I started Apple in my parents’ garage when I was 20. We worked hard, and in 10 years Apple had grown from just the two of us in a garage into a $2 billion company with over 4,000 employees. We had just released our finest creation — the Macintosh — a year earlier, and I had just turned 30. And then I got fired. How can you get fired from a company you started? Well, as Apple grew we hired someone who I thought was very talented to run the company with me, and for the first year or so things went well. But then our visions of the future began to diverge and eventually we had a falling out. When we did, our Board of Directors sided with him. So at 30 I was out. And very publicly out. What had been the focus of my entire adult life was gone, and it was devastating.

I really didn’t know what to do for a few months. I felt that I had let the previous generation of entrepreneurs down — that I had dropped the baton as it was being passed to me. I met with David Packard and Bob Noyce and tried to apologize for screwing up so badly. I was a very public failure, and I even thought about running away from the valley. But something slowly began to dawn on me — I still loved what I did. The turn of events at Apple had not changed that one bit. I had been rejected, but I was still in love. And so I decided to start over.

I didn’t see it then, but it turned out that getting fired from Apple was the best thing that could have ever happened to me. The heaviness of being successful was replaced by the lightness of being a beginner again, less sure about everything. It freed me to enter one of the most creative periods of my life.

During the next five years, I started a company named NeXT, another company named Pixar, and fell in love with an amazing woman who would become my wife. Pixar went on to create the world’s first computer animated feature film, Toy Story, and is now the most successful animation studio in the world. In a remarkable turn of events, Apple bought NeXT, I returned to Apple, and the technology we developed at NeXT is at the heart of Apple’s current renaissance. And Laurene and I have a wonderful family together.

I’m pretty sure none of this would have happened if I hadn’t been fired from Apple. It was awful tasting medicine, but I guess the patient needed it. Sometimes life hits you in the head with a brick. Don’t lose faith. I’m convinced that the only thing that kept me going was that I loved what I did. You’ve got to find what you love. And that is as true for your work as it is for your lovers. Your work is going to fill a large part of your life, and the only way to be truly satisfied is to do what you believe is great work. And the only way to do great work is to love what you do. If you haven’t found it yet, keep looking. Don’t settle. As with all matters of the heart, you’ll know when you find it. And, like any great relationship, it just gets better and better as the years roll on. So keep looking until you find it. Don’t settle.

My third story is about death.

When I was 17, I read a quote that went something like: “If you live each day as if it was your last, someday you’ll most certainly be right.” It made an impression on me, and since then, for the past 33 years, I have looked in the mirror every morning and asked myself: “If today were the last day of my life, would I want to do what I am about to do today?” And whenever the answer has been “No” for too many days in a row, I know I need to change something.

Remembering that I’ll be dead soon is the most important tool I’ve ever encountered to help me make the big choices in life. Because almost everything — all external expectations, all pride, all fear of embarrassment or failure — these things just fall away in the face of death, leaving only what is truly important. Remembering that you are going to die is the best way I know to avoid the trap of thinking you have something to lose. You are already naked. There is no reason not to follow your heart.

About a year ago I was diagnosed with cancer. I had a scan at 7:30 in the morning, and it clearly showed a tumor on my pancreas. I didn’t even know what a pancreas was. The doctors told me this was almost certainly a type of cancer that is incurable, and that I should expect to live no longer than three to six months. My doctor advised me to go home and get my affairs in order, which is doctor’s code for prepare to die. It means to try to tell your kids everything you thought you’d have the next 10 years to tell them in just a few months. It means to make sure everything is buttoned up so that it will be as easy as possible for your family. It means to say your goodbyes.

I lived with that diagnosis all day. Later that evening I had a biopsy, where they stuck an endoscope down my throat, through my stomach and into my intestines, put a needle into my pancreas and got a few cells from the tumor. I was sedated, but my wife, who was there, told me that when they viewed the cells under a microscope the doctors started crying because it turned out to be a very rare form of pancreatic cancer that is curable with surgery. I had the surgery and I’m fine now.

This was the closest I’ve been to facing death, and I hope it’s the closest I get for a few more decades. Having lived through it, I can now say this to you with a bit more certainty than when death was a useful but purely intellectual concept:

No one wants to die. Even people who want to go to heaven don’t want to die to get there. And yet death is the destination we all share. No one has ever escaped it. And that is as it should be, because Death is very likely the single best invention of Life. It is Life’s change agent. It clears out the old to make way for the new. Right now the new is you, but someday not too long from now, you will gradually become the old and be cleared away. Sorry to be so dramatic, but it is quite true.

Your time is limited, so don’t waste it living someone else’s life. Don’t be trapped by dogma — which is living with the results of other people’s thinking. Don’t let the noise of others’ opinions drown out your own inner voice. And most important, have the courage to follow your heart and intuition. They somehow already know what you truly want to become. Everything else is secondary.

When I was young, there was an amazing publication called The Whole Earth Catalog, which was one of the bibles of my generation. It was created by a fellow named Stewart Brand not far from here in Menlo Park, and he brought it to life with his poetic touch. This was in the late 1960s, before personal computers and desktop publishing, so it was all made with typewriters, scissors and Polaroid cameras. It was sort of like Google in paperback form, 35 years before Google came along: It was idealistic, and overflowing with neat tools and great notions.

Stewart and his team put out several issues of The Whole Earth Catalog, and then when it had run its course, they put out a final issue. It was the mid-1970s, and I was your age. On the back cover of their final issue was a photograph of an early morning country road, the kind you might find yourself hitchhiking on if you were so adventurous. Beneath it were the words: “Stay Hungry. Stay Foolish.” It was their farewell message as they signed off. Stay Hungry. Stay Foolish. And I have always wished that for myself. And now, as you graduate to begin anew, I wish that for you.

Stay Hungry. Stay Foolish.

Thank you all very much.


Narzędzia do analizy tekstu:

HemingwayApp.com
CountWordsWorth
PartsOfSpeechInfo
AnalyzeMyWriting

Komentarze

Proszę o zachowanie kultury wypowiedzi w komentarzach.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Pokrewne treści

Pokrewne treści

Książki, które do tej pory napisałem, by podzielić się wiedzą i praktykami

Napisałem 8 książek – w tym nagrodzony bestseller „Sapiens na zakupach”. Oraz anglojęzyczny „Life’s a pitch”. Każdą książkę piszę, by przekazać wiedzę, ale także, by sam się czegoś nauczyć. Każda książka to dla mnie przygoda i wielkie wyzwanie. Mam nadzieję, że dla ciebie będzie przede wszystkim tym pierwszym.

18 minut
3535 słów
Steve Jobs na Stanford – ethos, logos, pathos i prostota w wystąpieniach Na początek wyznanie. Trudno się do tego przyznać, ale obejrzałem film Patryka Vegi pt. Polityka. Choć słowo film w odniesieniu do tego zbioru etiud na poziomie licealnego kółka teatralnego z Supraśla jest dużym komplementem. Ale skoro deweloperzy nazywają mieszkanie o powierzchni 28 m² luksusowym apartamentem, to może i Vega nazywać swoje cyfrowe zapisy scen, w […]