Piękny styl, przylepne opowieści i monomit

Opublikowano Kategorie Bez kategorii

Steven Pinker w swojej książce Piękny styl pisze, „Dobrzy pisarze są zapalonymi czytelnikami”. Ja rozwijam jego myśl i mówię „Dobrzy mówcy są dobrymi słuchaczami”. Chociaż zdecydowanie nie zaszkodzi im czytać. Bo dla wyrazistości języka warto nasiąkać dobrymi wzorcami językowymi. Poprzez czytanie dobrych książek wchłaniamy ogromne zasoby słów, idiomów, struktur, tropów stylistycznych i figur retorycznych, a wraz z nimi wrażliwość na to, które z nich do siebie pasują, a które wchodzą w konflikt. Potem warto przepuścić je przez nasz własny styl i ćwiczyć. Tak by z każdym kolejnym wystąpieniem, prezentacją być bliżej ideału. 

Nie ma czegoś takiego jak talent do pięknego mówienia. Wysławianie się to kompetencja nabyta, którą można kształcić, cały czas bazując na dobrych wzorcach, eksponując się behawioralnie na stres i ćwicząc (czasem pod okiem trenera, który będzie miał bardziej obiektywny ogląd niż my sami). Kiedy ludzie podchodzą do mnie po konferencjach, mówią, że moja ponadprzeciętna umiejętność podawania tekstu jest miażdżąca. Tylko, że za tymi – jak niektórzy mówią – genialnymi prezentacjami, stoją lata ciężkiej pracy i ciągłych doświadczeń. No i pewnie jakieś dwanaście tysięcy godzin przegadanych ze sceny. Przyznaję, część pracy wykonałem nieświadomie. Po prostu gadałem, czytałem i nasiąkałem. Ale nadal chce się uczyć, bo słowo to genialne narzędzie osiągania celów.

W ramach uczenia się czytam i trawię różne treści. Szeroko pojęto pop-kulturę, popularno-naukowe opracowania rzetelnych badań i dzieła klasyków. Ten rozstrzał jest dla mnie naturalny. Pracując potem nad komunikacją dla klientów lubię czerpać z tego, co daje kultura  remiksu. Kreatywność to nie stwarzanie z niczego. To umiejętność kopiowania, przetwarzania i łączenia ze sobą elementów. Guttenberg nie wymyślił druku z niczego, on po prostu połączył w całość elementy, które już istniały.

Nie ma czegoś takiego, jak idealny podręcznik dobrego stylu w mowie i piśmie. Każdy poradnik z dogmatyczną narracją będzie tylko zbiorem reguł, z którymi może ci nie być po drodze. Autorzy tychże autokratycznych dzieł, zdają się zapominać, że język to twór żywy. Podlegający ciągłym zmianom. I będący przedmiotem biadolenia każdego kolejnego pokolenia, które wieszczy upadek kultury. Spokojnie, pogłoski o śmierci kultury są przesadzone. Aby trochę jednak poprawić jej kondycję, można sięgnąć po wydaną w Polsce książkę Stevena Pinkera Piękny styl. W moim przypadku trudno mówić o sięganiu. Jak tylko zorientowałem się, że wyszła, rzuciłem się biegiem do najbliższej księgarni i zapominając, że w sklepie online byłoby taniej, kupiłem ją od razu. Bo czułem, że muszę ją mieć.

Nie myliłem się, chociaż przyznam od razu, że efektem ubocznym czytania tej książki jest zdecydowanie wyższy poziom krytycyzmu w stosunku do własnej pracy. Czytając ją działam w modelu „syndromu studenta pierwszego roku medycyny”. Dostrzegam u siebie same najgorsze symptomy. Diagnozuje wszystkie przypadłości, przed którymi przestrzega autor. Mam nadzieję znaleźć równowagę i nadal starać się lepiej komunikować, bez konieczności zarzucania w ogóle pisania czy mówienia. Steven Pinker oferuje wyjątkowa perspektywę – psycholingwisty i naukowca, który nie tylko stawia tezy, ale znajduje naukowe dowody na to, jak należy pisać. Spokojnie, większość da się także wykorzystać przy dobrym mówieniu. Książka obfituje w analizy, dobre studia przypadków i w  wiedzę podaną w sposób wybitnie ciekawy, bez cienia naukowego żargonu i nieznośnych zgranych banałów. Pinker zaskakuje nie tylko doborem przykładów (analiza nekrologów) ale także momentami filozoficznymi rozważaniami, które (mnie przynajmniej) mocną wstrząsnęły. Robi to wszystko by wykazać, jak wielką moc rażenia ma słowo, które jest dobrze użyte.

Poza pięknym stylem, gwarantem dobrej narracji jest umiejętność opowiadania historii. Takich, które nie są jedynie tanią sztuczką smutnych trenerów rozwoju osobistego, ale które wzmacniają narracje, celowo wskazują na mechanizmy i tezy i… objaśniają świat. Czyli dobre, przylepne historie, które opisują w swojej książce Made to Stick bracia Dan Heath i Chip Heath. Podobnie jak Pinker, panowie działają w paradygmacie nauki. Piszą jednak dynamicznie, bez trudu przedzierając się przez kolejne studia przypadków, by pokazywać jakim błędom poznawczym ulegamy, słuchając historii. Ale to nie jest książka ku przestrodze. To próba odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że historia jest naprawdę dobra i przylepna. Co przesądza o tym, że opowieść ma szansę stać się legendą miejską, a co skazuje ją na niebyt kiepskiej anegdoty.

Okazuje się, że takie przylepne historie towarzyszą ludzkości od zarania. Najbardziej archetypowe narracje ciągle krążą wokół pewnych schematów. Konkretnie układają się w strukturę monomitu, którą jako pierwszy opisał Campbel w książce Bohater o tysiącu twarzyCampbell omawia w niej cykl podróży bohatera – określony właśnie terminem monomit, który Campbell zapożyczył bezpośrednio z dzieła Finnegans Wake Jamesa Joyce’a. Tę książke po prostu warto przeczytać, by nie tylko poszerzyć swoją wiedzę na temat budowania struktury opowieści, ale by zmierzyć się z własnym monomitem. Ponoć każdy go pisze, czy tego chce, czy nie.

Tak samo, jak każdy staje przed koniecznością komunikowania – czy tego chce, czy nie. Od nas zależy jak świadomie będziemy tę kompetencję kształtowali. I jakie książki nam w tym pomogą.