Powiedz mi coś, czego nie wiem

Opublikowano Kategorie Pitching, PsychologiaTagi , , , , ,

Powiedz mi coś czego nie wiem. Proszę. Dodatkowo niech to będzie coś, co mnie zaintryguje na tyle, żeby mi się chciało słuchać przez 3 minuty. Żebym poświęcił swoje zasoby poznawcze, uwagę i pamięć krótkotrwałą. Powiedz mi coś takiego, a od razu są większe szanse na to, że się zakocham. Tylko nie mów mi o tym zbyt skomplikowanym językiem. Bo jeśli nie zrozumiem czegoś to nie będę zaintrygowany. Będę zirytowany. 

Można zacząć dobrze, albo źle (celowy banał). Dobry, mocny, intrygujący początek jest jak dobre wybicie się z bloków startowych (banalna metafora, chociaż niezbyt często nadużywana). Na pewno nie gwarantuje zwycięstwa, ale z pewnością je ułatwia. Fatalny start można jeszcze bohatersko podgonić, ale to naprawdę wymaga dobrej kondycji i doświadczenia. Brzmi banalnie. Ale wcale nie jest banalnie proste.

Nasiąknięci złymi wzorcami prelegenci katują wstępami rodem z festiwalu piosenki polskiej w Opolu lub konferansjerką wiejskiego wodzireja. „Jest mi niezmiernie miło powitać państwa”; „Chciałbym dziś opowiedzieć państwu o projekcie, nad którym pracujemy od wielu miesięcy”; „Cieszę się, że znaleźli państwo czas by posłuchać o moich doświadczeniach”. Taka nadmierna grzeczność nie wróży niczego dobrego… Moje neurony od razu uruchamiają tryb akademii z okazji kolejnej rocznicy rewolucji październikowej (tak – jestem stary i je pamiętam. Nikt mi tego nie odbierze). Jeśli ktoś jest naprawdę podekscytowany, to będę to widzieć i słyszeć. Nie musi mi o tym deklaratywnie nucić frazą Krzysia Ibisza. Jest konwencja festiwali (i super) i jest konwencja konferencji prasowej ministra Szyszki. Konferencje branżowe (np. HRowe, marketingowe, PRowe inne) a także konferencje popularno-naukowe czy startupowe takiej konwencji na szczęście jeszcze nie mają. Więc kieruj się zasadą – nie zamorduj nudnym wstępem. Tyle wystarczy.

Jak dobrze zacząć? Łatwiej mi będzie napisać jak na pewno nie zaczynać.

Po pierwsze bez wyrażania nadmiernej wdzięczności i opowiadania o sobie (chyba, że zaczynamy od mocnej wiarygodnej historii osobistej, która ma wyraźny cel – wyjaśnienie problemu, zjawiska czy wskazanie ważnej tezy).

Po drugie bez sadzenia banałów, przy których ledwie tli się pole Wernickiego i Broka (odpowiedzialne za rozumienie tekstu), a cała reszta mózgu śpi jak przy słuchaniu audibuka z tekstem instrukcji obsługi pralki automatycznej. Banały dzielą się na: niemiłosiernie banalne i niemiłosiernie banalne wielkie kwantyfikatory. Te pierwsze to stwierdzenia „Internet zmienił sposób w jaki się komunikujemy”, lub „Edukacja to klucz do rozwoju gospodarczego”. Jak słyszę taki wstęp to mam ochotę wyskoczyć przez okno. Te drugie to zawsze budzące sceptycyzm frazy „Jak wszyscy wiemy branża modowa rozwija się dynamicznie”; „Wszyscy się chyba zgodzimy, że dobro naszych milusińskich jest najważniejsze”. No i są jeszcze banalne i zgrane frazesy – content is the new king, czy data is new oil. Osobną grupę stanowią studia przypadków, które już wszyscy znają. Ostatnio rozmawiałem ze świetną dziewczyną pracującą w dziale marketingu dużej (ale fajnej) korporacji. Powiedziała, że jak na jeszcze jednej konferencji marketingowej usłyszy o tym, jak Target wysłał kupony na ciążowe zakupy dziewczynie, która sprawdzała czy jest w ciąży, to wstanie i wyjdzie.

Po trzecie – bez lawirowania i snucia historii typu „kiedy tak sobie do Was jechałem, to zastanawiałem się, o czym wam dziś opowiedzieć”. To trochę tak, jakby powiedzieć – w ostatniej chwili zdecydowałem się tu przyjechać i w sumie to się nie przygotowałem, więc teraz coś naprędce pobajdurze. A wy słuchajcie jak klecę. Na taką swobodę improwizacji (celowej) może sobie naprawdę niewiele osób pozwolić. Jest wśród nich Rafał Masny, który potrafi w ostatniej chwili  wejść na scenę i wyznać szczerze, że nie przygotował slajdów. Tylko, że mimo wrażenia improwizacji, cała jego prezentacja jest znakomicie ograna  a brak slajdów jest wręcz atutem.

Po czwarte – bez przedstawiania się. Publiczność najczęściej wie, kto jest kolejnym prelegentem. Albo wyczytała to z programu, albo dowiedziała się od prowadzącego. Albo możemy jej o tym sami powiedzieć, ale jakoś inaczej wpleść to drogie nam imię i nazwisko. Może na końcu, może w środku. Nie jest to błąd śmiertelny, ale naprawdę jeśli najciekawsze, co chcesz na powiedzieć na początek, to, że nazywasz się… Piotr Bucki, to słabo.

Efekt auroli towarzyszy ludziom atrakcyjnym, pewnym siebie.  A efekt dobrego wstępu warunkuje odbiór reszty prezentacji. Nie żeby po intrygującym wstępie można było odpuścić i serwować atrakcje na miarę oglądania schnącej farby. Jednak jak już zaczniemy dobrze, to mamy mały plus u widownie. Lepiej tego nie spartolić.

Skąd brać dobre wstępy? Z głowy, z netu, z życia. Byle nie z dupy. Wszystko może być inspiracją. Ja swoje zbieram i gromadzę zewsząd. Dobre książki są dobrym źródłem badań. Życie dostarcza historii, które można wykorzystać by pokazać jakiś schemat. O tym, żeby nie pisać głupot na facebooku można opowiedzieć za pomocą historii Janine Sacco, Ewy Wanat, albo… mojej. O monitoringu mediów można mówić wykorzystując nieśmiertelny przykład Virgin Trains, albo poszukać dalej.

Ja zbieram inspiracje naprawdę wszędzie. Ostatnio podczas treningu nordic walking natknąłem się na watahę wilków. Tak mi się przez mikro-sekundę wydawało. Potem zorientowałem się, że to psy zaprzęgowe (dostrzegłem właściciela). Szybko poszedłem dalej, by po chwili się cofnąć i zapytać czy mogę zrobić zdjęcie. Po co? Żeby mieć podkład pod wyjaśnienie modelu uwagi Meyera. Będzie jak znalazł, jak będę o tym przygotowywał prezentację.

Im więcej wiemy, czytamy, obserwujemy i wystawiamy się na różne dziwne sytuacje (czasem niekomfortowe), tym więcej mamy inspiracji. Jeśli ciągle nasiąkamy beznadziejną komunikacją, fatalnymi wzorcami i jeździmy na konferencje, gdzie te same gadające głowy podają te same studia przypadków, to nic dziwnego, że przyjmujemy to za standard. Włącz więc TEDa, włącz myślenie i przygotuj następnym razem kilka zdań wstępu, które zmiotą największego sceptyka. I dowiemy się czegoś, czego nie wiedzieliśmy.

Photo Credit: Nando The Ninja via Compfight cc