Pisanki, głosowanie i proaktywna postawa marketingowa

Opublikowano Kategorie Bez kategorii

Ostatnio zagłosowałem na pisankę, w konkursie zorganizowanym w centrum handlowym Riviera. Czy chciałem? Nie do końca – pierwsza próba zachęcenia mnie do tego przez zwiędłą i znudzoną, jak Grycanka na prelekcji w CERN hostessę, skończyła się moim odfuknięciem i pozawerbalnymi sygnałami wskazującymi na to, że śpieszę się jak celebryta na otwarcie warzywniaka. Czy zagłosowałem na najpiękniejszą? Nie wiem, chociaż przypuszczam, że niekoniecznie. Moje przypuszczenie graniczy niemal z pewnością, gdy przypomnę sobie jajo wielkości Pudziana oblepione kolorowym papierem i świecidełkami i złotem, jak nowe ruskie elity na wycieczce do Hurghady. Nie nie chciałem zagłosować. Nie pisanka nie była najpiękniejsza. Nie stała w przejściu, za głosowanie nie było nagród, ani nawet buziaków. To czemu zagłosowałem na tę? Bo dzieciaki, które z mozołem pokryły tę pisankę dekoracjami, od których krwawiłyby oczy każdego średnio ogarniętego estety, miały w swojej drużynie mądrego, świadomego i szczerego marketingowca. Nie, nie był to nikt z agencji kreatywnej Oglivy… Nie był to otrzaskany w bojach czaruś o ego wielkości Mount Everestu. To była może dziewięcioletnia dziewczynka, która z naturalnym wdziękiem (nie mylić z psychotycznym mizdrzeniem) podeszła do mnie i powiedziała, „Proszę Pana, proszę zagłosować na naszą pisankę, która stoi tam i jest oznaczona numerem 13”. Zapytałem jak mam to zrobić. Wskazując na plączące się w tłumie hostessy powiedziała, że wystarczy wziąć od nich kupon i wrzucić do skrzynki koło pisanki. Co więcej, podeszła ze mną, zadbała, żebym kupon wziął i z uśmiechem podprowadziła mnie na miejsce. Może podejrzewała, że ucieknę w popłochu taranując tłumy zakupoholików po drodze. A może po prostu miała naturalny dar.

Dlaczego tak się jaram tym, że dziewczynka przekonała mnie, starego cynicznego wygę do zrobienia czegoś, na co niekoniecznie miałem ochotę? Dlaczego tak podkreślam, że pisanka nie była wielkiej urody i naprawdę były tam piękniejsze okazy? Bo ta dziewczynka zrobiła coś o czym wielu marketingowców zapomina. Była proaktywna, szczera i w prostych słowach dała mi instrukcje, tłumacząc co ma robić. Czy stosowała sztuczki? Nie, nie używała przymiotników, nie przekonywała z entuzjazmem, że jej innowacyjną pisankę przygotował zespół dziewięciolatków z pasją, któremu przyświecała kreatywna misja zbawienia świata. Dała jasny czytelny komunikat, bez marketingowego bełkotu. Oczywiście, była przy tym miła, grzeczna i naturalna. Ale przede wszystkim szczera. Chciała, żeby zagłosował i mi o tym powiedziała.

Każdy mógł zrobić, to co ona. Ale nikt poza nią nie wpadł na to. Czasem wystarczy po prostu powiedzieć. Powiedzieć, co Twój potencjalny klient ma zrobić, co możesz, albo wręcz czego nie możesz mu dać w zamian, niż szastać przymiotnikami i zgrabnymi frazami, jak Coehlo mądrościami. Podejdź (można też podejść w sieci… nie trzeba dosłownie gonić wszystkich potencjalnych klientów), powiedz co chcesz, żeby się stało, powiedz, jak to się ma stać i dopilnuj, by to się stało. Aha, jeszcze jedno – zawsze wspominam, że ludzie lepiej identyfikują się z ludźmi, którzy wiedzą czego chcą i znają odpowiedź na swoje pytanie DLACZEGO. Ona nie musiała mi wyjaśniać, jaką ma motywację. Widziałem, że chce wygrać… I mam nadzieję, że wygrała. To się nazywa proaktywna postawa marketingowa.