LinkedIn, ciary żenady i prostacka wirusowość

Opublikowano Kategorie Branding, Lifestyle, Marketing, Psychologia, Tak tylko mówię

Proponuję ci prosty eksperyment. Potrzebne będą – konto na LinkedIn i zero poczucia obciachu. Dobrze by było, żeby twoje konto śledziło co najmniej 500 osób. I żebyś był/a tam częściej niż się wymienia opony w samochodzie.

Co to za eksperyment?

Stwórz post, w którym zastosujesz następujące zasady:
– Opowiesz o swojej porażce
– Opowiesz o tym jak wstałeś/aś z kolan
– Opowiesz o innej porażce
– Opowiesz jak znów wstałeś/aś z kolan
– Opowiedz jak się nie poddawałeś/aś mimo iż nikt w ciebie nie wierzył
– Opowiedz, że teraz jesteś w dobrym miejscu i że tę lekcję chcesz przekazać dzieciom/wnukom/ludzkości/tym, którzy wątpią*
– Postaraj się zaczynać zdania w podobny sposób

*niepotrzebne skreślić.

Taki post może brzmieć tak:

Wyrzucono mnie z pracy!
Po roku miałem własną świetnie prosperującą firmę.
Zbankrutowałem i straciłem wszystko w jednej chwili!
Po roku miałem firmę wiekszą i stabilniejszą.
Wierzyłem w siebie, gdy nikt nie chciał we mnie uwierzyć!
Tak dotarłem tu gdzie jestem – mam kapitał, mam sukces i doświadczenie, którego nie odbierze mi nikt!
Tak się uczyłem. Tak się wzmacniałem
To chcę przekazać moim dzieciom – i mam nadzieję, że one także będą upadać i uczyć się wstawać po upadku!

Dobrze, by było taki post opatrzyć stosownymi emotikonami albo jeszcze lepiej wzmocnić jakimś zdjęciem. Najlepiej, żeby to była gruba metofora. Może być zakrwawiony bokser na deskach, albo słaniający się maratończyk na mecie. Taki cringepost¹ będzie wtedy wyglądać tak:

Pamiętaj, żeby koniecznie użyć albo Helvetica Neue. Możesz też dla podkręcenia spróbować Comic Sans lub Papyrus. Jeśli oczywiście nie oślepniesz od tego wątpliwego dobra.

Następnie wrzuć taki post na LinkedIn i czekaj. Jeśli twój profil ludzie Linkedina odwiedzają częściej niż statystyczny Polak dentystę (co 15 miesięcy) to jest duża szansa, że zadziała.

Skąd wnioskuję?

Bo sprawdzałem. Post o podobnej treści (po angielsku), zbudowany według takiego samego schematu zrobił furorę. Wyglądał tak:

Prawie jedenaście tysięcy reakcji i prawie 700 komentarzy. Post został udostępniony z prywatnego profilu z około 1000 znajomych na koncie. Był publiczny, co w przypadku gonitwy za wirusowością jest warunkiem koniecznym. Dodam jeszcze, że analiza sentymentu wypadła bardzo dobrze. Zdecydowana większość reakcji i komentarzy była pozytywna. Wielkie narodowe świętowanie totalnego banału – na dodatek przygotowanego w oparciu o prostacki schemat.

Ktoś powie – te statystyki to świetny wynik. Ja powiem – i co z tego?

Ten materiał nie ma żadnej absolutnie wartości merytorycznej. To w najlepszym razie jakiś dowód anegdotyczny wpisany w zbiorowe myślenie życzeniowe, że „jeśli coś cię nie zabije, to cię wzmocni”. Otóż jak pokazują badania i statystyki – bardzo często nie zabije i nie wzmocni.

Skąd popularność takich postów, które u każdego rozsądnego człowieka powinny wywoływać ciary żenady? Po pierwsze – prezentują uproszczoną wersję rzeczywistości. Ta – choć z gruntu nieprawdziwa – jest najczęściej zgodna z naszymi aspiracjami, poglądami i kulturowym kodem.

Po drugie – mają niezwykle niską barierę wejścia. Przetwarza się je bez zbytniego wysiłku. A to oznacza, że mózg doświadcza tak zwanej łatwości poznawczej (przeciwieństwo przeciążenia poznawczego). W takim stanie jest ufny. Wszystko rozumie. Z wszystkim się zgadza. Spokoju nie mąci myślenie krytyczne. Nie widzi potrzeby weryfikowania danych i faktów.

Po trzecie wreszcie – te posty najczęściej uruchamiają pozytywne emocje. od radości po tzw. uwznioślenie. Tak było chociażby z postem o wilkach.

Być może wiesz już, o który chodzi. Tak, dokładnie o ten:

Ten post podbija internet co jakiś czas. I ciągle dajemy się nabrać na tę rzewną historyjkę – bez względu na to w jakim języku jest zapisana.

Jeśli nadal wierzysz w opowiastkę o wilkach, które mogą być wzorem dla dobrych leaderów, to mam dla ciebie dobrą wiadomość – możesz przestać. Zdjęcie jest prawdziwe. Opis jest zupełnie niezgodny z rzeczywistością. Całość tego studium przypadku znajdziesz tutaj.

Część osób, którym taką rzetelną weryfikację pokazuje, nadal trwa w swoim przekonaniu. Czemu? Po pierwsze – muszą złagodzić dysonans poznawczy. Pogodzić dwie informacje o sobie – jestem rozsądną osobą, która racjonalnie ocenia sytuację versus jestem naiwną dżdżownicą internetu, która ochoczo łyka byle romantyczne gówno-prawdy.

Po drugie – zainwestowały emocjonalnie. W tego lajka, ten komentarz. W reakcję. To co prawda nie to samo, co utopić w Amber Gold, ale jednak.

Po trzecie – czują, że zabieram im nadzieję i wiarę w sprawiedliwy i prosty świat. Wiarę, którą lubimy mieć. Nadzieję, która niebezpiecznie przypomina ułudę.

Gdy pisałem rozdział do książki Janiny Bąk, Statystycznie rzecz biorąc, odpowiadałem na pytanie, dlaczego ufamy szarlatanom. Sprzedawcom diet cud, alternatywnych metod leczenia oraz niezweryfikowanych (i czasem groźnych) terapii „mentalnych”. Częścią odpowiedzi była właśnie nadzieja.

Nadzieja samo w sobie to potężna siła. Gorzej gdy zmienia się w ślepą na fakty i odklejoną od rzeczywistości ułudę.

LinkedIn z założenia jest serwisem profesjonalnym. Lecz jego algorytmy są bezlitosne. Promują to, z czym wchodzisz w interakcje. A że wchodzimy w interakcje z takim badziewiem serwującym uproszczoną wersję rzeczywistości comic sansem, to te treści zaczynają wygrywać. Bez interwencji i redakcji każde medium (w tym LinkedIn) prędzej czy później zamienia się w Facebooka. Gorszy pieniądz wypiera lepszy.

Nie chcesz tego? Nie klikaj. To twój jedyny sposób na głosowanie. Patrz, weryfikuj i włącz krytyczne myślenie. No chyba, że nie przeszkadza ci taki festiwal żenady.

¹ z ang. cringe to żenada. Spolszczona wersja krindż to młodzieżowe słowo roku 2017.

Jedno przemyślenie nt. „LinkedIn, ciary żenady i prostacka wirusowość”

Możliwość komentowania jest wyłączona.