#BH: Dość dobry – czyli zdecydowanie lepszy niż idealny. O wyborach i nieszczęściach.

Opublikowano Kategorie Lifestyle, Psychologia, Tak tylko mówięTagi , , , , , ,

Kupiłem dywan. Miał mieć wymiary 65 na 120 centymetrów. Dla semantycznej czystości nazwijmy więc rzecz po imieniu – kupiłem dywanik. Do salonu. Poza wymiarami miał spełniać jeszcze dwa warunki. Kolor (niebieski wpadający w błękit paryski) oraz materiał (wełna lub jedwab). Z prawie 5 milionów opcji (tyle wyników wyszukiwania pojawi się po wpisaniu frazy „mały dywan do salonu”¹) wybrałem szybko. 

Wybrałem szybko, bo od jakiegoś czasu stosuję filozofię wyboru dostatecznie dobrego. I nie szukam ideałów. Jak pokazują badania zespołu Barry’ego Schwartza (Schwartz, Lyubomirsky, Monterosso, White, 2002) mam dzięki temu nie tylko więcej czasu. Jestem szczęśliwszy. Liberalni kapitaliści i klasyczni ekonomiści już nie bardzo. 

Według nich bowiem moje (i każde) poczucie szczęścia powinno rosnąć wraz z liczbą opcji wyboru. Kapitalizm jest oparty na założeniu, że więcej znaczy lepiej. Dlatego możesz wybierać z tysięcy oliw z oliwek, kilkadziesiąt odcieni czerwonej pomadki i stu siedemdziesięciu ośmiu tysięcy zarejestrowanych użytkowników Tindera. 

Na mojej uczelni WSB możesz wybierać z prawie 70 kierunków studiów podyplomowych. W Apple (ku potencjalnej rozpaczy Steve’a Jobsa) jest 19 obsługiwanych modeli iPhone’a. Maksymalizacja liczby opcji.  A co za tym idzie prawdopodobny spadek nastroju wybierającego. 

Kupiłem mój dywan szybko. Być może za szybko? Wybierając powinienem mieć na celu wybór doskonały! Tak jesteśmy socjalizowani. Obojętnie czy chodzi o wybór najlepszego samochodu czy tego jedynego (jedynej), którzy gdzieś tam chodzą po ziemi. Prawdopodobnie jednak wybór doskonały nie istnieje. I znów – jak sugerują badania Schwartza – o wiele lepszy dla nas byłby wybór wystarczająco dobry. 

Z tym jednak możemy mieć problem. Po pierwsze dostatecznie dobry kojarzy się z ocena dopuszczającą. Jest jak kandydat na męża, który ujdzie w tłoku. Nienachalnie urodziwy, niewybitny i średniego wzrostu. Poza tym dostatecznie dobry oznacza, że zgodziliśmy się na kompromis. Że kurczowo nie trzymaliśmy się myśli, że ktoś lub coś może spełnić wszystkie warunki z naszej listy i pasować IDEALNIE. 

A przecież reklama mówi, że „dość kompromisów”. I kusi obietnicą doskonałego

Tak więc możemy mieć przekonanie (silne zresztą jak Pudzian w 2009), że etykieta „wystarczająco dobry” jest zdecydowanie gorsza niż „doskonały wybór (Milordzie)”. Ale to nie wszystko. Po drugie możemy mieć problem jeśli jesteśmy maksymalistami. 

Ja nie jestem. Prawdopodobnie jestem (lub stałem się) satysfakcjonistą

Cóż to za dwa plemiona? I czemu lepiej być w jednym z nich?  

Maksymalista to osoba, która szuka ideału. Ma mocne przekonanie, że jeśli porówna wszystkie możliwe opcje i warianty to znajdzie tenże. I dokona najlepszego wyboru. Satysfakcjonalista szuka wyboru satysfakcjonującego. I to mu wystarczy. To czym te dwa typy się różnią to nie tylko podejście do wyboru. To także (a może przede wszystkim) to jak się czują po wyborze. U jednych rozpamiętywanie swoich wyborów prowadzi do frustracji i problemów psychicznych. U drugich nie. 

Jeśli czytając te słowa popadasz w rozpacz (bo odnajdujesz w sobie maksymalistę), to chcę cię uspokoić. Ludzki umysł kocha dychotomię jak pani Jadwiga Emilewicz narty². Lubimy czarne i białe, dobre i złe czy rozróżnienie na ekstrawertyków i introwertyków. Zapominamy przy tym, że skrajności stoją sobie mężnie na dwóch krańcach skali. A pomiędzy nimi jest piękna łąka niuansów, na której raz jesteś kaczeńcem a raz wilczomleczem

Poza tym, że na skali możesz być (to też możliwe) na jednym z jej skrajów, możesz być także gdzieś pomiędzy. I to pomiędzy nie oznacza, że jesteś za mało Polakiem³.  Po prostu oznacza, że nie jesteś typem skrajnym. Nawet nasza seksualność to nie zero-jedynkowy podział. O zgrozo możesz być na przykład przeważająco heteroseksualny(-a), bardziej niż incydentalnie homoseksualny(-a)⁴. 

Dodatkowo – możesz się przesuwać na skali w czasie jak pionek w Gambicie Królowej. I to też nie powód do zmartwień. No chyba, że Krzysia Bosaka zmartwi wiadomość, że niektórzy ludzie przestają być ultrakonserwatywnymi libertarianami. Ja na przykład im starszy tym bardziej jestem lewicowy. 

Ale to nie wszystko. Twoje miejsce może też, przy niektórych wymiarach, wyznaczać KONTEKST. Możesz być sprawczy lub wspólnotowy, ekstrawertywny lub introwertywny w zależności od kontekstu. Oczywiście w ramach własnego potencjału. Ja jestem introwertykiem z opcją ambiwertyka, który w kontekstach konferencji lub szkoleń przejawia zachowania  ekstrawertywne. 

No właśnie – zachowania! 

Wybieranie i myślenie o wyborze można traktować w kategorii zachowań. Wręcz nawyków. Odstawmy na razie rozważania czy to nawyki napędzane paliwem genów czy kultury. Jeśli chodzi o wybór, to każdego można umiejscowić na osi. Jeden kraniec stanowią, tzw. usatysfakcjonowani, czyli osoby całkowicie akceptujące własne decyzje, a drugi maksymaliści, którzy po podjęciu decyzji nadal rozważają, czy wybrali optymalnie.

I te rozważania ich (metaforycznie na szczęście) dobijają. Jak mówi autorka badań nad maksymalistami dr Ehrlinger – Rozważanie przez maksymalistę właściwego wyboru może nie mieć końca. Tu się nie zgodzę. Może mieć koniec jak wszystko i ten koniec to moment śmierci mózgowej. Tylko chyba trochę głupio byłoby rozmyślać, czy się kupiło najlepszy dywan do  końca życia. 

Niepewność co do podjęcia najlepszej decyzji sprawia, że maksymaliści są mniej szczęśliwi w codziennym życiu. Ciągłe zastanawianie się nad słusznością wyboru jest męczące i stresujące. Ba – zaryzykuję nawet – że staje się coraz bardziej stresujące i coraz bardziej męczące. Bo opcji wyboru przybywa. 

I tu pojawia się opcja #BH. Możesz stawać się #BetterHuman choćby świadomie ograniczając wybór. Albo jeszcze lepiej badając swoje przekonania. I pracując nad tym, by mieć przekonanie, że jednak wystarczająco dobry jest zdecydowanie lepszy niż idealny. 


¹ wiem, że to nie oznacza, że wybierałem z 5 milionów. Chciałem tylko pokazać skalę możliwości. Bo teoretycznie mogłem się przeczołgać przez prawie 559 tysięcy stron z wynikami. Zakładając, że na jedną stronę poświęciłbym minutę trwałoby to 388 lat. Tyle trwałoby poszukiwanie idealnego dywanu. Gdybym żył tyle co Ming, małż gatunku cyprina islandzka. Biedaczek umarł w wieku 507 lat, gdy rybacy wyłowili go z morza. 

² raczej totalnie, skoro postanowiła się wystawić jak ospała kaczka na polowaniu łamiąc obostrzenia, które wydał rząd, którego jeszcze niedawno była częścią. 

³to tak a’propos rozważań, że jakiś zestaw cech pozwala ci mieć prawo wstępu na imprezę dla prawilnych słowian z tarczą Bóg, Honor, Ojczyzna. Lub Bób, Humor, Włoszczyzna. 

⁴ to 2 w skali Kinseya. Skala Kinseya (ang. Kinsey scale, Heterosexual-Homosexual Rating Scale) – opracowana w 1948 roku przez Alfreda Kinseya, Wardella Pomeroya i Clyde’a Martina skala określająca orientację seksualną człowieka. Uczeni sporządzili skalę w ramach sprawozdania z badań stwierdzających, że dychotomiczny podział ludzkich orientacji i historii seksualnych na heteroseksualne i homoseksualne nie znajduje odbicia w rzeczywistości.  W rzeczywistości nie ma też podziału na zboczeńcy i Kaja Godek. 

³to tak a’propos rozważań, że jakiś zestaw cech pozwala ci mieć prawo wstępu na imprezę dla prawilnych słowian z tarczą Bóg, Honor, Ojczyzna. Lub Bób, Humor, Włoszczyzna. 

⁴ to 2 w skali Kinseya. Skala Kinseya (ang. Kinsey scale, Heterosexual-Homosexual Rating Scale) – opracowana w 1948 roku przez Alfreda Kinseya, Wardella Pomeroya i Clyde’a Martina skala określająca orientację seksualną człowieka. Uczeni sporządzili skalę w ramach sprawozdania z badań stwierdzających, że dychotomiczny podział ludzkich orientacji i historii seksualnych na heteroseksualne i homoseksualne nie znajduje odbicia w rzeczywistości.  W rzeczywistości nie ma też podziału na zboczeńcy i Kaja Godek. 


Photo by cottonbro from Pexels