Trudno przetłumaczyć trudno.

O tym jak język wpływa na zachowania i motywacje i jak z tej wiedzy korzystać.…

8326 słów
42 minuty
8326 słów
42 minuty

Przed Tobą

8326 słów
Ich czytanie zajmie Ci około
42 minuty
Jeśli zdecydujesz się powiedzieć tak temu tekstowi, dowiesz się:

  • Odkryjesz rolę języka i jego wpływ na zachowania i myślenie
  • Przedstawię Ci hipotezę Sapira-Whorfa
  • Podam Ci przykłady untranslatables
  • Poznasz moje zdanie na temat podejście do NLP (Neurolingwistycznego Programowania)

O tym jak język wpływa na zachowania i motywacje i jak z tej wiedzy korzystać.

Trudno przetłumaczyć na angielski „trudno”. It’s hard odnosi się tylko do pierwszego trudno. Jeśli jednak twój najlepszy przyjaciel przegrał w konkursie jedzenia arbuzów na czas i chcesz mu powiedzieć „Trudno” po angielsku – polegniesz. Podobnie jak polegniesz w zadaniu segregowania w rosyjskiej kuchni szklanek i filiżanek. I przegrasz z czteroletnią aborygenką z plemienia Kuuk Thaayorre w konkursie na precyzyjne wskazywanie kierunków świata.

Trudno przetłumaczyć na angielski „trudno”. Należy do grupy tak zwanych „untranslatables”. Gdyby założyć, że „trudno” ma osobowość, to pewnie czułoby dumę. Znajduje się w grupie z Dasein (niem.), Saudade (portug.), czy Pravda (ros.). W grupie, której przyglądają się psycholingwiści, kognitywiści i tłumacze. I która ostatnio coraz bardziej fascynuje mnie. Szczególnie w kontekście wpływu języka na myślenie i na nasze zachowania. 

Angielskie We’ve made it google translate tłumaczy na sprawczą formę Zrobiliśmy to. Nie na formę niesprawczą – Udało się nam. Gdy jednak Udało się nam przetłumaczysz na angielski dojdziesz do sprawczego We’ve made it. W języku angielskim o tym co zrobiłeś lub zrobiłaś powiesz tylko w formie sprawczej. I’ve made it, I finished on time, I increased conversion rates by 2%. W polskim możesz mówić sprawczo – Dokonałem/am tego, Skończyłem/am na czas, Podniosłem/podniosłem współczynnik konwersji o 2 punkty procentowe. Możesz też mówić niesprawczo – Udało się mi, Udało się skończyć na czas, Udało się mi podnieść współczynnik konwersji o 2 punkty procentowe. I z moich pogłębionych systematycznych obserwacji wynika, że pewnie częściej mówisz niesprawczo. 

Udało mi się złowić taką rybę, czy Złapałem taką rybę? Czy od tego jak mówisz zależy jak o sobie myślisz? Wygląda na to, że w pewnym stopniu tak.

Być może wzruszysz ramionami i powiesz – Trudno.  Czego żadne tłumaczenie na angielski nie odda wiernie. Może też powiesz – I co z tego? I wtedy nie zgubisz sensu tłumacząc na So what?

Skoro język dopuszcza dwie formy, to dwie formy są prawidłowe. I mogę używać jednej lub drugiej. Albo tylko jednej wybranej jeśli zechcę. 

Możesz. Z punktu widzenia poprawności językowej. 

Gdy jednak dowiesz się jak język wpływa na twoje myślenie o sobie i zachowania, ugryziesz się w język lub zawahasz nad klawiaturą zanim powiesz czy napiszesz, że coś ci się udało. Lub coś zawieruszyło

Mam też nadzieję, że świadomie podejdziesz do wyboru czynna lub bierna w odniesieniu do strony. Bo rozważysz wady i korzyści jednej i drugiej formy. 

I że gdy zechcesz kształtować nawyk codziennego czytania do poduszki, zaczniesz mówić o sobie Jestem czytelnikiem lub Jestem czytelniczką a nie tylko Lubię czytać książki

Bo chcę cię przekonać, że język, którym mówisz wpływa na zachowania, motywacje, postawy a nawet kompetencje. I choć nie jest czynnikiem jedynym, to na tyle ważnym, że warto się nad nim zatrzymać. I traktować nie tylko jako narzędzie komunikacji, ale także narzędzie kształtowania siebie i zachowań innych. 

Nie jestem wyznawcą NLP!

Chcę coś wyjaśnić na wstępie. Nie jestem wyznawcą NLP. No chyba, że masz na myśli natural language processing, czyli przetwarzanie języka naturalnego. Jeśli jednak myślisz o neurolingwistycznym programowaniu – mokrym pseudonaukowym śnie Richarda Bandlera o potędze i władzy nad umysłami – to dziękuję, postoję. Bo NLP w tym rozwinięciu nie jest ani naukowe ani neuro, ani lingwistyczne. Programowaniem też nie jest. 

Jeśli chcesz wiedzieć dlaczego, przeczytaj książkę Rafała Żaka Nie myśl, że NLP zniknie. Jeśli jednak nie masz czasu, to musi ci wystarczyć moje zdanie. Które ma oparcie w badaniach na temat (nie)skuteczności tej metody. To zdanie brzmi – NLP to nieweryfikowalna, pseudonaukowa teoria, która ma więcej wspólnego z różdżkarstwem niż z psychologią. I już same tytuły książek twórcy zawierające słowa „alchemia manipulacji” czy „hipnotyczne wywieranie wpływu” u człowieka myślącego wywołają uśmiech politowania, ciary żenady i skojarzenia z wiarygodnością horoskopu z Życia na gorąco. Jakiegokolwiek zresztą horoskopu. 

Mówię ci o tym od razu, bo czasem gdy opowiadam o wpływie języka na zachowania widzę błysk w oku niektórych, którzy w swoich snach o potędze zamieniają klientów czy współpracowników w armię zombie i w penthousie za 12 milionów złotych zanoszą się kaskadowo spływającym demonicznym rechotem zwycięzcy, który posiadł tajemną sztukę programowania umysłów. 

Jeśli ta wizja cię podnieca, to spoko. Tylko musisz wiedzieć, że ten tekst ci się nie spodoba. Bo jak wszystkie teksty bazujące na nauce zawiera możliwe skutki określonych interwencji. Często wyrażone w stopniu prawdopodobieństwa. Nie w wykutej w granicie pewności, która raczą zazwyczaj charyzmatyczni guru samorozwoju. 

Język może wpływać na myślenie, zachowania, postawy. Odpowiednio użyty sprawi, że duża część konsumentów będzie postrzegać produkt czy usługę lepiej lub gorzej. Może też utrudniać lub ułatwiać tworzenie nowych nawyków. Nie jest jednak narzędziem demiurgów inżynierii społecznej, którzy programują językiem określone zachowania. Nawet jeśli oni – demiurdzy – tak o nim myślą. 

NLP działa na samych wyznawców NLP 

Mój przyjaciel był na kursie testera manualnego. Finansowanym przez Unię Europejską. Obok zajęć z testowania mieli zajęcia z kompetencji społecznych. Wśród nich – NLP. Prowadził – a jakże standardowy egzemplarz trenera NLP. Nieustannie podkreślał, że steruje umysłami uczestników. W pewnym momencie powiedział, Wystarczy mi jeden rzut oka i wiem, co myślicie. I mogę przewidywać, o czym pomyślicie za chwilę. Za chwilę mnie znienawidzicie

I miał rację. Nie przepadali za nim. Nie był to jednak wynik genialnego użycia „hipnotycznego wpływu” tylko działanie primingu i efekt golema (odmiana efektu aureoli). 

NLP najlepiej działa na wyznawców NLP. Podobnie jak wiara w objawienie Matki Boskiej na szybie okna w Zabrzu-Kończycach najlepiej działa na bezkrytycznych wyznawców poszukujących fizycznych śladów obecności boskiej na ziemi. 

I tak jak Matkę Boską na szybie da się wytłumaczyć pareidolią i iluzjami optycznymi, tak rzekome działanie NLP da się wyjaśnić złudzeniami poznawczymi. Trenerzy NLP wywierają wpływ. Lecz nie taki, o którym przekonują. I nie tak wielki, jak im się zdaje. Stosują jednak przy tym nie NLP, lecz te same techniki wywierania wpływu co wróżki, tarocistki, chiromanci i twórcy horoskopów. 

To, że NLP nie działa nie oznacza od razu, że język traci swoją moc. Bynajmniej. I o tej mocy ci opowiem. Tylko jednak o tych przypadkach, które zweryfikowali badacze. Nie będzie to też opowieść o wszechmocy, którą daje świadome korzystanie z języka. Będzie to historia o wpływie „do pewnego stopnia” i „w określonych kontekstach”. Bo taka jest nauka. 

Hygge, świeczki i plemię Himba

W 2014 roku producent świec Bolius i serwis YouGov przeprowadzili badanie. Chcieli sprawdzić ilu Duńczyków zapala każdego dnia świeczki w domu. Zapala z pewnością nie dlatego, że w Danii w 2014 roku nie było prądu. Zapala, żeby zrobić nastrój. A w zasadzie aby oddać się ulubionemu narodowemu pluszowemu szaleństwu – hyggelig.  

Okazało się, że 39% Duńczyków codziennie tworzy Hygge paląc świeczki i (nieświadomie) rujnując zdrowie układu oddechowego. Tylko 7% nie robi tego wcale. 

Słowo Hygge istnieje tylko w języku Duńskim. Jest nieprzetłumaczalne. Choć trzeba przyznać, że niektórzy się starają. Google Translate podaje jako polski odpowiednik zabawę. Angielski odpowiednik fun jest nawet oznaczony jako zweryfikowany. 

Jednak Hygge nie oznacza ani zabawy ani fun. Ten rzeczownik zawiera w sobie semantyczny kufer upakowany po brzegi nastrojem, jaki tworzy gorący napój, kocyk, świeczki i świeczuszki. Oraz czytanie książki. Lub rozmowy z przyjaciółmi. Ten przepis zawsze uwzględnia świece. Więc Duńczycy kupują je na potęgę. Palą codziennie. I częściej też z tego powodu tracą w pożarach dorobek życia. A w wersji umiarkowanej konsekwentnie rujnują swoje zdrowie dwutlenkiem węgla, oparami parafiny i innymi cząstkami lotnymi.

Hygge prawie zawsze uwzględnia świeczki. I to właśnie Duńczycy palą najwięcej świeczek na świecie. Bo to co nazwane istnieje i prowokuje zachowania. Często nawet niezdrowe. Tak jak Potlacz kształtuje u Indian ekonomię darów.

Czy gdyby rzeczownik Hygge i przymiotnik Hyggelig nie istniały, to producenci i sprzedawcy świec w Danii mieliby się gorzej. Prawdopodobnie tak. Bo zgodnie z hipotezą Sapira-Whorfa to co nienazwane często po prostu nie istnieje. 

Hipoteza Sapira-Whorfa

Używany język wpływa w mniejszym lub większym stopniu na sposób myślenia. Jeśli w twoim języku  istnieje słowo Hygge i go używasz, to częściej Hygge tworzysz. Jeśli w twoim języku szklanki są ze szkła a filiżanki z porcelany i fajansu, to tak będziesz o nich myśleć. A jeśli mówisz po rosyjsku, to myślisz po rosyjsku. I chashkę (polski odpowiednik filiżąnki) od stakana  (polski odpowiednik szklaki) rozróżnisz na podstawie kształtu, nie materiału wykonania. Chashka (чашка) ma ucho. Stakan (стакан) nie. 

Nazwa hipotezy wywodzi się od dwóch językoznawców – Edwarda Sapira i Benjamina Lee Whorfa. Oni jako pierwsi zaczęli różnice w myśleniu dostrzegać i wiązać je z językiem. Jej dwa główne założenia to determinizm językowy oraz relatywizm językowy. 

Determinizm to pogląd, że język (jako system znaków wytworzony przez społeczeństwo, w którym wychowujemy się i myślimy od dzieciństwa) kształtuje nasz sposób postrzegania otaczającego nas świata. Relatywizm to z kolei pogląd, że wobec różnic między systemami językowymi, które są odbiciem tworzących je odmiennych środowisk, ludzie myślący w tych językach rozmaicie postrzegają świat. Słabsza postać hipotezy, inaczej relatywizm językowy, zakłada, że język wpływa na myślenie, a co za tym idzie na zachowanie, choć jedynie do pewnego stopnia. 

Dziś dzięki interdyscyplinarnemu podejściu – badaniom neurologicznym, poznawczym i lingwistycznym – mamy coraz więcej dowodów na to, że to jak mówisz wpływa na twoje myślenie o sobie i świecie. Myślenie zaś na nawyki, zachowania i przekonania. 

Dla plemienia Himbu nie istnieje na przykład niebieski. Przynajmniej w takim rozumieniu niebieskiego jaki masz przed oczami, gdy ktoś zapyta cię o kolor, który widzisz na obrazku. 

Dla Himbu ten kolor to Buru. Tyle, że Buru to także kolor, który nazwiesz z pewnością zielonym. Czyli ten z kolejnego obrazka. 

Tak w plemieniu Himba nazywają kolory. To nazywanie wpływa na postrzeganie.

Jak widzisz nie chodzi tu o jakąś subtelną różnice między magentą a różowym. To też nie różnica pomiędzy beżowym a delikatnym écru. Ty i większość znanych mi ludzi zobaczy i nazwie dwa różne kolory. Zielony i niebieski. A każdy Himba powie Buru – na jeden i drugi. Co może być kłopotliwe jeśli poprosisz ekipę z plemienia Himba, żeby pomalowali ci dom na niebieski i pokażesz im palcem kolor niebieski. 

Tak z kolei skalują i rozróżniają kolory Rosjanie.

Może Himba mają jaką przedziwną mutację genetyczną? Może jest coś co upośledza ich funkcje poznawcze? Otóż nie. Po prostu dla nich nienazwane nie istnieje. Tak samo jak my z kolei gorzej rozróżniamy odcienie niebieskiego. W przeciwieństwie do Rosjan, którzy nazywają w języku goluboy (голубой) i siniy (синий). Rosyjski to jedyny europejski język, który ma takie rozróżnienie. A Rosjanie zdecydowanie lepiej radzą sobie w testach na rozróżnianie subtelnych różnic między odcieniami niebieskiego. Tak jak aborygeńska dziewczynka z plemienia Kuuk Thaayorre precyzyjniej i szybciej wskaże południowy-zachód czy północny-wschód niż ty. Za to będzie mieć większy kłopot w konkurencji „w lewo” i „w prawo”. 

Czas, przestrzeń i język

Sapir i Whorf swoją hipotezę potwierdzali, badając języki Majów i Hopi. Sapir wykazał, że system używania czasowników w języku hopi wpływa na pojmowanie przez Indian czasu i przestrzeni. Zaprzeczył, że istnieje jedno uniwersalne pojmowanie czasu i przestrzeni. Język hopi określał jako „język pozbawiony czasu” i przeciwstawiał go językom „temporalnym” (ang. temporal „czasowy”). 

Lera Boroditsky – psycholożka poznawcza – bada wpływ języka na postrzeganie świata i kompetencje poznawcze. Ona z kolei badała plemię Kuuk Thaayorre. Tam na porządku dziennym jest identyfikowanie siebie i swojej obecności w świecie za pomocą kierunków świata. 

Powiedzą więc „mrówka chodzi ci po południowo-wschodniej nodze”. Albo „podaj mi ten majonez co stoi na północnym-zachodzie”. Serio. Tak właśnie mówią. 

Co więcej, gdy spotykają wędrowca i spytają skąd idzie, to oczekują też odpowiedzi kierunkowej. Co było nie lada zagwozdką dla Lery. Bo ona przyleciała do nich z San Diego w Kalifornii. I na pytanie – A gdzie to jest? –  nie wystarczyło odpowiedzieć „San Diego, CA”. Trzeba było pokazać. I tu Lera miała problem. Czy pokazać na zachód czy wschód. A może wskazać palcem w dół i liczyć, że dociekliwi Kuuk Thaayorre zrozumieją, że San Diego jest niemal po drugiej stronie kuli ziemskiej. 

Nie wiem, jak Lera w końcu wybrnęła z odpowiedzią na pytanie – skąd Ty jesteś? Ale wiem, że to, że Kuuk Thaayorre od narodzin nasiąkają językiem, w którym nieustannie orientujesz siebie wobec kierunków świata, potrafią coś, czego my w większości nie umiemy. Mają wewnętrzny kompas. 

Ten kompas nie wynika z mechanizmu echolokacji – jak u nietoperzy czy delfinów. Wynika ze stosowania języka. I tak jak Rosjanie lepiej rozróżniają odcienie niebieskiego, tak Kuuk Thaayorre lepiej orientują się w terenie. 

Pępek świata i pokorny obserwator

Kiedy czytałem badania o Kuuk Thaayorre, szczególnie zaciekawiło mnie to, że nie orientują świata wobec siebie, tylko świat narzuca ich pozycję. Gdy ja mówię komuś, że coś jest po stronie lewej czy prawej (lub odpowiednio przede mną i za mną) to ja jestem punktem odniesienia. Co często było też przyczyną nieporozumień, choćby podczas prób w teatrze. Reżyser mówił, „Idź w lewo”. I kiedy ja szedłem w lewo, krzyczał „W moje lewo! W twoje prawo”. Bo ja stałem na scenie  a on siedział naprzeciw na widowni. Dla Kuuk Thaayorre nie istnieje prawo i lewo. Nie orientują świata względem siebie. Są niezmienne kierunki świata. I to oni siebie określają względem ich. Nie znalazłem jeszcze badań dotyczących różnić między językami, które mają tak odmienne sposoby orientowania się w przestrzeni. Ale pierwsza hipoteza, która stawiam brzmi tak – być może orientowanie świata względem siebie (podobnie jak orientowanie kiedyś wszechświata względem ziemi) wpływa na poczucie władzy nad tymże? Może nasz antropocentryzm wynika z języka? Bo siebie widzimy w centrum. Chciałbym to sprawdzić. I być może kiedyś się dowiem. 

Kuuk Thaayorre inaczej też widzą czas w przestrzeni. Nie są jednak jedynymi ludzi, którzy łączą te dwa wymiary – najczęściej metaforycznie. Dla nas też czas płynie w przestrzeni. Od lewej do prawej. A dla Kuuk Thaayorre z tyłu do przodu. Co z kolei oznacza, że przygotowując prezentację o rozwoju mediów społecznościowych dla nich miałbym niezły kłopot. Bo rozwój przebiega w czasie. I w dobrej prezentacji graficznie pokażemy to na osi  czasu. I pewnie wyobrażasz sobie taką oś z lewej do prawej. Tak bym ją też narysował. I każdy z naszego kręgu kulturowego tak przygotowaną oś czas przetworzyłby poprawnie. A jak narysować oś dla Kuuk Thaayorre? 

Szanse na to, że takie wyzwanie – przygotuj prezentacje o rozwoju mediów społecznościowych dla plemienia Kuuk Thaayorre – postawi przed tobą szef są raczej nikłe. Jednak szanse na to, że inne językowe postrzeganie czasu i przestrzeni w różnych kulturach doprowadzi do nieporozumień są duże. 

Przekonało się o tym Nestlé.

Wiele lat temu wprowadzali na rynek nowy produkt – pierwszą formułę dla dzieciaków. Taką, która wspiera rozwój dziecka w 4 kluczowych fazach. Nie wiem, jak fachowo nazywają się te fazy, ale z pozycji laika nazwę je tak – leży, głównie śpi, je i sra; podnosi głowę i zaczyna pełzać; sprawnie raczkuje; chodzi i trudno za nim nadążyć. I te cztery fazy Nestlé pokazywało na słodkiej infografice. Na której od lewej do prawej widać było jak się dzieciaczek pięknie rozwija w tych czterech fazach z nowym produktem globalnej korporacji. 

W Europie i Ameryce Północnej pełne zrozumienie. Problem pojawił się, gdy weszli do ultrabogatych krajów Zatoki Perskiej. Tam klienci byli totalnie nieufni. I ja się im nie dziwię. Też byłbym ostrożny z produktem, który najpierw sprawi, że moje dziecko będzie szybko chodzić, potem raczkować, a w końcu tylko leżeć. Co innego krem, który odejmuje 10 lat, a co innego formuła, która cofa dziecko do fazy embrionalnej. 

Co takiego się stało? Otóż w krajach Zatoki Perskiej czas płynie z prawej do lewej. I tak też przetwarza się grafiki i osie czasu. Język i nawyk przetwarzania treści wpływa na sposób przetwarzania rzeczywistości. 

Dni tygodnia, kwiaty w prezencie i szybkość przetwarzania materiału

Mam dla Ciebie proste zadanie. Wyprostowaną przed siebie prawą ręką wskaż ulubiony dzień tygodnia większości Polaków – piątek. Będzie idealnie na przeciw ciebie patrzysz na niego z miłością. Teraz tą samą ręką wskaż sobotę. A teraz czwartek. 

Prawdopodobnie w pierwszym przypadku ręka przesunęła się w (twoje) prawo. W drugim w lewo. Gdy widzisz dni tygodnia (upływ czasu) to widzisz go a) przed sobą b) od lewej do prawej. To co było lokujesz po lewej. To co będzie – po prawej. Czasem jednak masz całą przyszłość przed sobą. A przeszłość za sobą. A Chińczycy posługujący się Mandaryńskim mają przyszłość za sobą. A przeszłość przed sobą. Nie wynika to z jakiegoś specyficznego obłędu czy też braku logiki przestrzennej. W Mandaryńskim są po prostu inne metafory czasoprzestrzenne.  U nas mówisz „przyszłość stoi przed kimś otworem” i „i szef postawił przed tobą zadanie”. I język polski ustawia ci zdarzenia przyszłe w przestrzeni przed tobą. Zresztą nie tylko polski. Na przykład angielski czy francuski też. Mandaryński jednak inaczej ustawia przeszłość i przyszłość w przestrzeni. I jeśli teraz odczuwasz jakiś totalny sprzeciw wyrażony okrzykiem – Jak to? –  to doświadczasz tylko przemożnego wpływu języka na myślenie. Twoje myślenie i postrzeganie jest tak głęboko powiązane z językiem, że nie możesz sobie nawet wyobrazić, że można myśleć o czasie i przestrzeni inaczej. 

No to teraz drugie zadanie. Narysuj taką scenkę – Jaś poszedł do Agatki i dał jej kwiatka. Nie martw się o urodę obrazka. Po pierwsze, na pewno będzie świetny. Po drugie, to nie konkurs. To prosty eksperyment. Ciekawi mnie, gdzie na rysunku jest Jaś. A gdzie Agatka. W większości przypadków Jaś jest po lewej, Agatka po prawej. W tej samej kolejności ludzie z naszego kręgu układają sekwencje obrazków, gdy postrzegają ją jako historię, która dzieje się w czasie. Nawet gdy same obiekty na obrazkach nijak nie przypominają ludzi. 

Język wpływa na myślenie o czasie i przestrzeni. I lepiej bierz to pod uwagę projektując choćby prezentacje. Bo jeśli twoje osie czasu czy diagramy będą zgodne z logiką percepcyjną narzuconą przez język, to masz plusa u mózgu odbiorcy. Bo będzie mu łatwiej przetwarzać to, co dla niego przygotujesz. 

W przeważającej większości znanych języków (a tych jest ponad 6000) czas wiąże się z przestrzenią. Językowymi metaforami. Co było za nami. To co przed nami. Wyglądamy końca tygodnia pracy. Zostawiamy to, co za nami. Oczywiście w naszym języku, który tak wiąże ze sobą czas i przestrzeń. Gdybyśmy byli Chińczykami i mówili po Mandaryńsku, mielibyśmy inny ogląd. 

A przecież fizyczny czas nie płynie w żadnym kierunku. A jeśli w ogóle. To w każdym. Na szczęście jednak język normalizuje nam jego postrzeganie. I sprawia, że w obrębie jednej grupy możemy się w miarę komunikatywnie dogadać. 

Rozważni Niemcy, gramatyka i godna emerytura

Od czego zależy to, czy oszczędzisz pieniądze na godną emeryturę? Z pewnością od kilku czynników, na które masz wpływ. I tych, na które wpływu nie masz. Nie masz wpływu na światową gospodarkę, stopy procentowe. Masz umiarkowany wpływ na system emerytalny, który mniej lub bardziej sensownie zaprojektują ci, których wybierasz na rządzących. Masz jakiś wpływ na swoje zachowania i osobiste przekonania dotyczące oszczędzania. 

Jak pokazują jednak badania Keitha Chena – jest jeden czynnik – który wpływa na twoje podejście do przyszłości. I to czy majaczy ci się ona jak coś odległego. Czy też może realnie staje ci przed oczami jako coś bliskiego. Być może myślisz, że ta bliskość i nieuchronność przyszłości zależy od wieku, w którym jesteś. I że bardziej przyszłością przejmują się ci, którzy mają już jej mniej. Być może. Jak jednak pokazują badania Chena na przyszłość bardziej rozsądnie przygotowują się ci, którzy mówią językami, w których przyszłość dzieje się praktycznie teraz. 

Jak to przyszłość dzieje się teraz? No cóż – w zależności od używanego języka przyszłość możesz wyrażać czasem teraźniejszym lub przyszłym. Języki takie jak choćby angielski wymagają od nas prawidłowego gramatycznego zakodowania przyszłości. Powiesz przecież It will rain tomorrow, It is going to rain tomorrow. Jeśli powiesz It rains tomorrow, Anglik spojrzy na ciebie z politowaniem, a na sprawdzianie dostaniesz zero punktów za takie zdanie. W języku niemieckim jednak bez problemu możesz Morgen regnet es, co dosłownie tłumaczymy Tomorrow it rains. I ani wstydu nie będzie a i punkt na sprawdzianie zdobędziesz. 

Ten podział nie przebiega wyraźnie po osi lingwistycznych podziałów. Angielski i niemiecki to przecież języki germańskie. Jeden z nich jednak ma tzw. silne FTR (future-time reference). Drugi słabe FTR. Polski ma umiarkowanie silne FTR. Naturalniej brzmi dla nas Jutro będzie padać (lub padało) niż Jutro deszcz pada. Chociaż formy osobowe odnoszące się do planów bliskich lub mocnych postanowień też możemy wyrazić czasem teraźniejszym. Np. Za dwa lata mam w garści doktorat lub Jutro robię zakupy. W języku angielskim czy francuskim takie (dosłownie przetłumaczone) wyrażenia byłyby błędne. 

Keith Chen zebrał różne przykłady zachowań wpływających na jakość przyszłości i zestawił je z językami o silnym FTR i wysokim FTR. Żeby badanie było czyste i metodologicznie poprawne dobierał uczestników z tych samych regionów, o tym samym poziomie rozwoju i tej samej kulturze narodowej, mówiących dwoma różnie kodującymi przyszłość językami. Na przykład dwie grupy domostw z Brukseli. W jednych mieszkańcy mówią po Flamandzku. W drugich po Francusku. Albo dwie grupy domostw z Nigerii. W jednych mieszkańcy mówią w języku Hausa. W tych drugich Igbo. Chodziło o to, by zminimalizować możliwy wpływ innych zmiennych na proaktywne myślenie o przyszłości. I skupić się tylko na wpływie gramatyki języka. W szczególności w sposobie mówienia o przyszłości jaki narzuca dany język. 

Co się okazało? Ludzie mówiący w językach ze słabym FTR (na przykład w niemieckim) lepiej przygotowują się na przyszłość. Bo ta przyszłość jest tuż-tuż. Tu też język wpływa na myślenie i przekonania. Dla ludzi mówiących w językach o silnym FTR (na przykład angielskim przyszłość to… pieśń przyszłości. Jest daleko. A to oznacza, że nie ma się co nią zamartwiać. W konsekwencji mówiący w tych językach są na przyszłość gorzej przygotowani. Gorzej też zachowują się w teraźniejszości – bo konsekwencje działań szkodliwych postrzegają jako bardzo oddalone. 

Keith Chen badał nie tylko proaktywne przygotowanie się na godną starość – czyli oszczędzanie na emeryturę. I wyniki są fascynujące. Ludzie mówiący językami ze słabym FTR mają średnio o 39% wyższe oszczędności na emeryturę (przy porównaniu eliminowano wpływ innych czynników niż język). Palą 24% mniej. I są o 29% bardziej aktywni fizycznie. Bo przyszłe konsekwencje palenia i braku aktywności są w ich językowym uniwersum niemal za rogiem. Tuż-tuż. Ci z silnym FTR częściej zachowują się jak konik polny z bajki Jean de la Fontaine. Przy czym na ich zachowanie ma duży wpływ język a przez to postrzeganie czasu, a nie tylko cechy takie jak inteligencja czy temperament. 

Niemcy nie chcą być winni 

Język niemiecki należy do języków ze słabym FTR. To znaczy, że o przyszłości mówią czasem teraźniejszym. I – jak pokazują badania Chena – przez to poważniej podchodzą do nieuchronności i bliskości przyszłości. A to z kolei oznacza, że lepiej się do niej przygotowują. Ale język niemiecki w jeszcze jeden szczególny sposób wpływa na Niemców i ich zachowania czy nawyki. Otóż Niemcy niezbyt chętnie się zapożyczają. Nie lubią kart kredytowych i kredytów.  Wiele osób sądzi, że ta niechęć wynika z pragmatyzmu i niemieckiej gospodarności. Tymczasem okazuje się, że znów duży wpływ ma język.

W języku niemieckim słowo Schulden i Schuld oznaczają odpowiednio w języku angielskim Debt i Guilt. Czyli dług i winę. W języku angielskim to dwa odległe od siebie słowa. Ktoś kto zaciąga dług nie jest winny. W języku niemieckim to nieomal jedno i to samo. Ich sformułowanie  Schuldig sein oznacza z kolei zarówno angielskie to owe i to be guilty. W angielskim to dwa różne stany. Po niemiecku niekoniecznie. Niemcy – podobnie jak zresztą Polacy czy Szwedzi na poziomie języka łączą dług z winą.  Anglicy (i Amerykanie czy Australijczycy) niekoniecznie. Jeśli od urodzenia nasiąkasz językiem, który tak samo ustawia kredyt i winę, to nic dziwnego, że niechętnie zaciągasz ten pierwszy. 

Język – jego formy gramatyczne, zasób semantyczny słów wpływa na nasz sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Te przekonania zaś w dużej mierze kształtują nasze zachowania. W tym tak ważne jak stosunek do kredytów czy racjonalne oszczędzanie na przyszłość. Czy to oznacza, że skoro mówimy w jakimś języku, to jesteśmy skazani i uwiezieni w sposobie postrzegania rzeczywistości jaki nam narzuca? Niekoniecznie. Po pierwsze dlatego, że ten wpływ jest istotny ale nie ostateczny. Po drugie dlatego, że świadomość to pierwszy stopień do zmiany. I takiej zmiany można dokonywać za pomocą zmiany sposobu mówienia. I za pomocą innego czasem nazywania zjawisk – a to nazywamy etykietowaniem i przeramowaniem. I o tym przekonasz się za chwilę. 

Praca, gender i ideologia 

Praca. Albo inaczej mozół, trud, robota, harówka, harówa. Takie między innymi synonimy znajdziesz w słowniku. Najpopularniejsze antonimy to relaks, rozrywka, wytchnienie, leniuchowanie. Słowo praca w języku polskim pojawia się około XIV wieku. Czy to oznacza, że ludzie wcześniej nie pracowali? Oczywiście, że pracowali. Tylko pewnie inaczej to nazywali. 

Praca to zapożyczenie ze staroczeskiego prácě ‘wysiłek’ (dziś czes. práce ‘praca, robota’). Podstawą jest prasłowiański wyraz porťa. Który oznaczał ‘trud, wysiłek fizyczny; zajęcie fizyczne, robota, praca’. Praca to nazwa czynności utworzona od prasłowiańskiego *portiti ‘przeprowadzać, odprowadzać kogoś, towarzyszyć komuś, zostać posłanym z jakimś zadaniem’. 

Skoro praca ma taką etykietę, to nic dziwnego, że w rankingach popularności dni tygodnia prowadzi piątek i sobota, a poniedziałek jest znienawidzonym bękartem, któremu większość dałaby w pysk na dzień dobry. 

Czy można zmienić postrzeganie pracy zmieniając jej nazwę? Tak jak zmienia się postrzeganie mieszkania nazywając je apartamentem? Podejrzewam, że tak. Choć nie byłoby to łatwe. 

Zakres semantyczny słowa to zbiór znaczeń, skojarzeń i obrazów, które się z nim wiążą. Czasem można ten zakres rozszerzyć, czasem zawęzić, a z czasem zupełnie zmienić. Na przykład zupełnie neutralne słowo gender politycy zdemonizowali (celowo) łącząc je z innym teoretycznie neutralnym słowem ideologia. I tak powstał potwór, którym straszy się małe dzieci, matki, ojców, staruszki i innych wyborców.

Tak samo jak słowem detoks – w odniesieniu do choćby soków – mami się spragnionych poczucia czystości, lekkości i perfekcyjnego stolca. Detoks rozszerzył swoje znaczenie semantyczne. Pierwotnie odnosił się do ratowania na przykład ludzi po zatruciu alkoholem albo narkomanów (na detoksie). Formalnie odtruwa nasz organizm wątroba i nerki. I to też można nazwać bez trudu detoksem. Detoks jako odtruwanie ma więc uzasadnienie. I nie będę się tu pochylał nad faktycznym działaniem tego, co niektórzy opisują mianem detoksu sokowego. Chcę tylko pokazać sprytny zabieg językowy. Czy może propagandowy.

Tak jak sprytnym jest (z punktu widzenia niecnego skądinąd celu) etykietowanie za pomocą słowa ideologia neutralnego słowa gender.

Czasem przesunięcie lub rozszerzenie zakresu semantycznego lub etykietowanie to działanie celowe. Propagandowe. Czasem przypadkowe.

Normalne szkolenia

Mój znajomy – też trener i wykładowca – spytał mnie ostatnio, czy prowadzę już normalne szkolenia. Chodziło mu zapewne o szkolenia offline. Albo inaczej szkolenia tradycyjne. Zwróć uwagę, że wybrał etykietę normalne. Bo jej przeciwieństwem jest nienormalne. Czyli złe. Gdyby wybrał offline. Wtedy przeciwieństwem byłyby online. Odpowiednio dla tradycyjnychnietradycyjne lub nowoczesne.

On wybrał normalne. Nie dziwię się mu. Bo woli te offline i tradycyjne. Nazywając rzeczywistość nie tylko pokazał swój stosunek. Wpłynął też na odbiór etykiety. Ja odpowiedziałem mu, że dla mnie wszystkie szkolenia są normalne. Natomiast jeśli pyta o formę, to nie, na razie nie wracam do tych offline. Dlaczego o tym mówię? Bo ty też nazywasz rzeczywistość. I wpływasz na odbiór etykiet. Może warto robić to z dużą świadomością?

Kim jestem i co kocham – trwałe i trwalsze zmiany w autopercepcji

To jak o sobie myślisz wpływa na to, jak się zachowujesz i jakie masz nawyki. Nie w 100%. Lecz w pewnym stopniu. To jak o sobie myślisz, nie wpływa jednak na twoją fizyczność. Przynajmniej mierzoną centymetrami. Gdy zacznę o sobie myśleć i mówić jako o facecie dwumetrowym, nie urosnę o 13 cm od samego myślenia i mówienia. 

Podobnie jak wizualizowanie czerwonego Ferrari czy szczupłej sylwetki i gęstej kruczoczarnej kaskady kręconych włosów do pasa, nie zmaterializują tychże. 

Urosnąć realnie mogę już teraz tylko po serii potężnie bolesnych zabiegów wydłużania kości nóg. Czerwone Ferrari będę mieć, jak zaoszczędzę, zarobię i kupię. Lub ukradnę. A kaskadę loków zapewni peruka. 

Porzućmy marzenia o wpływaniu myślą na fizyczność. Jednak jeśli język wpływa na sposób myślenia i zachowania, to może to w jaki sposób mówimy o sobie może wpłynąć na nasze nawyki?

Wygląda na to, że tak.

Sposób w jaki mówimy o sobie wpływa na to jak inni postrzegają nas. I jak my zaczynamy myśleć o sobie. A to z kolei może mieć wpływ na nasze zachowania i nawyki. I to całkiem spory.

Gregory Walton – Czy język wpływa na postrzeganą tożsamość?

Gregory Walton to entuzjasta drobnych interwencji (ang. tiny interventions). Równie dobrze mógłbym o nim powiedzieć – Gregory Walton lubi wdrażać drobne interwencje. Podobnie jak ja mogę o sobie powiedzieć Kolekcjonuję klocki LEGO (ang. I collect LEGO) lub Jestem kolekcjonerem klocków LEGO (ang. I am a LEGO collector). 

Na pierwszy rzut oka dostrzegasz różnicę w dwóch zdaniach. Gramatyczną. Pierwsze odnosi się do czynności. Drugie do tożsamości. Podmiot Ja (co robi?) kolekcjonuje (kogo, co?) klocki LEGO.  W drugiej wersji podmiot Ja (kim, czym jest?) kolekcjonerem (kogo, czego?) klocków LEGO. Na co dzień pewnie tej różnicy nie dostrzegasz. W końcu niewielu jest ludzi, którzy świadomie podchodzą do konstruowania zdań w ojczystym języku. Szczególnie w codziennych rozmowach. Nie wiem, czy teraz ta różnica budzi w tobie ciekawość badacza. U Gregory’ego Waltona obudziła. I przeprowadził badanie, by zweryfikować jaki wpływ na postrzeganą tożsamość i nawyki ma sposób formułowania wypowiedzi.  Tych, w których opowiadamy o sobie. 

To badanie wpisuje się w hipotezę Sapira-Whorfa. Znasz już ją. I domyślam się, że już nie możesz się doczekać aby podczas korpospotkań na Teamsach czy Zoomie zabłysnąć jak Szymborska na Gali Noblowskiej. Rzucając od niechcenia Nie doceniacie różnicy pomiędzy formą „Spotkanie się przedłużyło” a formą „X przedłużył spotkanie”. Pozwólcie, że wam ją wyjaśnię odwołując się do prac Sapira i Whorfa

Żeby jeszcze bardziej pomóc ci zostać znienawidzoną socjometryczną gwiazdą korpogalaktyki, podrzucę ci jeszcze ciekawostkę. Choć hipoteza zwie się Sapira-Whorfa, to panowie nie byli małżeństwem z dwuczłonowym nazwiskiem. Nie pracowali też nigdy razem. Po prostu doszli do podobnych wniosków badając język i jego wpływ na myślenie. 

I ustalili, że ten wpływ jest gargantuiczny¹. Czasem nawet demoniczny. 

I Gregory Walton chciał się dowiedzieć, jaki wpływ ma używanie form na postrzegana tożsamość i nawyki. Gregory Walton pracuje na Stanfordzie i podejrzewam, że tam postawić właściwe pytanie badawcze i przeprowadzić eksperyment to takie minimum przyzwoitości naukowej. 

Pytanie Gregory’ego brzmiało – Czy forma w jakiej mówimy o sobie ma wpływ na postrzeganą (trwałość) tożsamości? 

Pytanie to Gregory zadał w dwóch oddzielnych kontekstach. Tożsamości postrzeganej i ocenianej przez innych. Oraz postrzeganej tożsamości własnej i późniejszego wpływu tożsamości na zachowania. 

W swoich eksperymentach zawęził poszukiwania do form odwołujących się do fraz wyrażających przekonania tożsamościowe. A konkretnie identity essentialist properties. Ten zwrot odnosi się do stałych (postrzegane jako krytyczne) cech tożsamości. Przeciwieństwem essentialist propertiesaccidental properties.  Czyli nietrwałe (i często przypadkowe) części tożsamości. Badał więc pary Susan loves chocolate i Susan is a chocolate-lover.  A nie Susan loves scented bin bags i Susan is a scented bin bags-lover. Bo też niewiele jest osób, które preferencje co do worków na śmieci, uznają za element tożsamości. Inna sprawa z czekoladą. Lub zupa pomidorową czy majonezem². 

Gregory badał w Kalifornii – postawił więc na bezpieczną czekoladę. Nie na pomidorówkę czy majonez (Winiary lub Kielecki). 

W Eksperymencie 1 badani oceniali tożsamość nieznanej sobie Susan na bazie opisów Susan loves chocolate i Susan is a chocolate-lover. Oczywiście nie na raz i nie badani z tej samej grupy. Gregory jest profesorem Stanford i wie, że trzeba dobrać grupy losowo. Stworzyć grupę kontrolną. I porównywać wyniki z dwóch niezależnych wariantów. Nie pytał też jak ostatnia ciura badanych – Które ze zdań sprawia, że oceniasz tożsamość Susan jako miłośniczki czekolady jako trwalszą. Za takie pytanie jest specjalne miejsce w piekle metodologii badań naukowych. 

W eksperymentach 2 i 3 badał z kolei wpływ wariantów na postrzeganą tożsamość własną badanych. I na związane z tą tożsamością zachowania. Tutaj też wykazał się znajomością metodologii badań. I zamiast pytać badanych wprost, zadał im zadanie. Maskując przy tym cel eksperymentu. Słusznie! 

Badani dostali zadanie przepisania tekstu – odpowiednio dla wariantu I love chocolate i I am a chocolate lover. Gregory poinformował ich, że naukowcy chcą zbadać różne style pisania odręcznego. I dlatego potrzebują próbek pisma z konkretnym tekstem, zawierającym wymagane znaki. O dziwo – odpowiednio dla wariantu – tekst ten brzmiał I love chocolate i I am a chocolate lover

I co się okazało?

W Eksperymencie 1 badani postrzegali jako trwalszą tożsamość  Susan, gdy czytali o niej w kategorii Susan is a chocolate-lover. W Eksperymencie 2 i 3 podobnie – sformułowanie I am a chocolate lover wpływa mocniej na postrzeganą tożsamość własną. A także na nawyki! Bo badani potem kupowali i jedli więcej czekolady. 

Gregory Walton weryfikował swoją hipotezę jeszcze w kilku kolejnych badaniach. W jednym na przykład sprawdzał jak sformułowanie I am a helper versus I am helping wpływanie na chęć pomagania u trzy- i sześciolatków. W innym (wraz z Carol Dweck) weryfikował jak na pojawienie się w komisji i oddanie głosu w wyborach wpłynie forma I am voting versus I am a voter

To drugie badanie wydaje się szczególnie ciekawe. Bo blisko mu do modelu nauki stosowanej. Czyli mocnej teorii, którą można sprawdzać w praktyce. Bo przecież jeśli forma Jestem wyborcą bardziej zmotywuje do pójścia na wybory niż Ja głosuję w wyborach, to dostajemy proste narzędzie wpływu społecznego. I możemy językiem kształtować pożądane zachowania. 

I chyba warto próbować – bo dotychczas wszystkie eksperymenty wskazują 1:0 dla form rzeczownikowych – I am a chocolate lover, I am a helper, I am a voter.  

Walton wykazał, że to jak mówimy o sobie wpływa na to, jak inni postrzegają naszą tożsamość i w jakich kategoriach o nas myślą. Dla mnie jednak ciekawsze jest to, że to jak mówimy o sobie wpływa na naszą postrzeganą tożsamość i powiązane z nią nawyki. Zwłaszcza, że inny mądry człowiek – James Clear, autor „Atomowych nawyków” – wskazuje, że nawyki zgodne z tożsamością są trwalsze niż nawyki związane z samym tylko celem. 

O co chodzi? 

Nawyk może być narzędziem osiągnięcia celu lub pożądanej tożsamości. Oczywiście bardzo często zbiór pożądana tożsamość może uwzględniać pożądane cele. Przykładowo nawyk codziennego czytania może pomóc osiągnąć zgrywalizowany cel „52 książki w 52 tygodnie”. Ale może też wzmacniać tożsamość wyrażoną Jestem czytelnikiem. Lub Jestem człowiekiem oczytanym. Clear stawia hipotezę, że identity-based habits (nawyki zakorzenione w tożsamości) są trwalsze. I na potwierdzenie przytacza w książce sensowne badania. 

Czyli – Chcesz zmienić nawyki? Najpierw zastanów się kim chcesz być i jakie nawyki tę tożsamość wzmacniają

A uwzględniając badania Waltona – Chcesz zmienić nawyki? Najpierw zastanów się kim chcesz być i jakie nawyki tę tożsamość wzmacniają. I często mów i myśl o tej tożsamości w formie rzeczownikowej. 

Ja na przykład w ten sposób podchodzę do rozwoju i uczenia się. Bo gdy zadałem sobie pytanie, jakim chce być człowiekiem, dość prędko wpadłem na to, że chcę być człowiekiem, który uczy się przez całe życie. W języku angielskim Life-long learner.  W zasadzie mógłbym powiedzieć Wieczny student. To jednak sformułowanie w języku Mickiewicza i Tuwima ma bardzo mocne konotacje. Nieszczególnie pozytywne. 

Skoro chcę być Life-long learner lub Uczniem przez całe życie, powinienem się zastanowić jakie nawyki są zgodne z tą tożsamością. I tu na przykład nawyk codziennego czytania, codziennego ćwiczenia francuskiego przez 30 minut są jak najbardziej na miejscu. 

Tak samo jak w przypadku tożsamości Jestem sportowcem amatorem nawyk Codziennie ćwiczę nie będzie chyba dziwić. A w przypadku tożsamości Jestem zapatrzonym w siebie narcyzem nie liczących się ze zdaniem innych oczywisty będzie nawyk Rzadko słucham innych i często przerywam im wypowiedzi, bo nie obchodzi mnie inny punkt widzenia poza własnym

Oczywiście cały czas mówimy o tożsamości pożądanej. Autentycznie pożądanej. To ważne – szczególnie w kontekście pytania, które kiedyś zadała słuchaczka rozmowy, którą na YouTube przeprowadziłem z Mariuszem Jakubowskim. 

Rozmawialiśmy o nawykach i podzieliłem się teorią Jamesa Cleara. Słuchaczka zapytała – A czy myślenie o sobie w kategorii Jestem sportowcem amatorem nie sprawi, że będziemy odczuwali jakąś straszną presję? Domyślam się, że to pytanie może być pochodną tego, że rzeczywiście czasem tożsamość wiąże się z presją. Wtedy, gdy to inni, kultura czy przepisy narzucają nam tożsamość. Z którą czujemy się jak przedszkolak przebrany na bal przez rodziców narodowców wbrew własnej woli za Dmowskiego. Podczas gdy on chciał być Witosem. 

Jednak jeśli to my świadomie wybieramy i kształtujemy swoja tożsamość myśleniem, językiem i w konsekwencji nawykiem – presji nie ma. Co innego, gdy mamy nawyk urabiania się po łokcie, mycia okien dla Jezusa i przygotowywania jedzenia na 3 dni dla pułku wojska przed Wielkanocą. Tylko dlatego, że mamy tożsamość matki polki perfekcyjnej pani domu. I tę tożsamość narzuca nam kod kulturowy i wzorce w rodzinie. 

Pytania o tożsamość i odpowiedzi w formie rzeczownikowej mogą stać się początkiem twojej przygody z trwałymi pożądanymi nawykami. Oczywiście samo myślenie o sobie w kategorii sportowiec amator nie sprawi, że będziesz mieć osiągi jak Iga Świątek czy Piotr Żyła. Myślenie o sobie w kategorii doktor nauk społecznych też samo przez się nie zbuduje nawyku codziennego pisania doktoratu. Potrzebny jest jeszcze plan behawioralny. Tak, żeby siebie – brutalnie mówiąc – wytresować. 

Język nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na zmianę zachowania. Jest jednak czynnikiem ważnym. I ignorowanie go jest błędem. To tak jak ze stylem życia i jego wpływem na zdrowie.  

Przeklęte „udało się”, sprawczość i zeznania świadków

Znasz już mój stosunek do „udało się” Mówiąc krótko – jest chłodny. Gramatycznie i językowo to sformułowanie poprawne. Jednak wikła nas w fatalizm. I pozbawia poczucia sprawczości.

Języki różnią się pod względem tzw. agentywności (sprawczości właśnie). Mamy języki agentywne (agentive) i (non-agentive). W tych pierwszych częściej (lub zawsze) stosuje się formy osobowe. I missed the bus, We’ve made it. W tych drugich dopuszczalne (i częste) są formy bezosobowe. Takie, które nie wskazują na sprawcę (agenta) zdarzeń. Autobus mi uciekł, Udało się nam. Co ciekawe w wielu językach – na przykład w hiszpańskim, japońskim, czy polskim – to czy użyjesz formy sprawczej czy nie, zależne jest od tego czy działanie było intencjonalne, czy nie. Na przykład jeśli ktoś celowo podszedł i zrzucił doniczkę z parapetu, to powiesz Janek zrzucił doniczkę. A jak Janek po prostu przechodził, zahaczył szerokim barkiem śląskiego chłopa o doniczkę, która wylądowała na podłodze, powiesz – doniczka spadła.

Podobnie będzie w sytuacji, w której ktoś wyraźnie celowo przedłuża spotkanie. Versus sytuacja, w której nikt nie miał złych intencji lecz „jakoś tak wyszło”.

W językach, które wymuszają formy sprawcze, inaczej wyglądają zeznania świadków. Bo bez względu na celowość działania lub nie, zdanie zabrzmi He broke the window. W naszym języku (non-agentive) możemy usłyszeć okno się stłukło lub on stłukł okno.

Mam taką wstępną hipotezę, że ta różnica wpływa również na nasze zachowania. A mianowicie, że języki non-agentywne pozwalają na większe rozmywanie odpowiedzialności. A te sprawcze mogą wspierać sprawczość i odpowiedzialność. W końcu jeśli możemy powiedzieć Uciekł mi autobus, to godzimy się na to, jak los ingeruje w nasze życie. Jeśli mówimy Udało się nam, to nie do końca my jesteśmy autorami sukcesu. A jeśli musimy powiedzieć I missed the bus, to przyznajemy, że to nie fatum tylko nasze zachowanie ma wpływ na rezultat. Podobnie jak w przypadku We’ve made it przyznajemy kto jest ojcem lub matką sukcesu.

Może na nasze osobiste i narodowe życiorysy wpływa język. Może nasze Udało się, trudno, jakoś to będzie, co ma być, to będzie i później się pomyśli wryły się w nas i sprawiają, że patrzymy na świat jak na teatr w którym ktoś u góry pociąga za sznurki, a my mamy wpływ ograniczony. Bo co mamy zrobić skoro autobusy uciekają a spotkania się przedłużają? Zapewne mniej niż gdybyśmy częściej mówili Ja spóźniłem się na autobus lub Ja przedłużyłem spotkanie.

Ta różnica pomiędzy językami sprawczymi i niesprawczymi intryguje mnie niezmiernie. I to jej wpływ na myślenie i zachowania badam w ramach doktoratu. O którym za dwa lata mam nadzieje mówić nie Udało się obronić… lecz Obroniłem doktorat.

I co z tego?

Sam bym pewnie zadał sobie takie pytanie. No bo fajnie, fajnie, ale co z tego. Co z tego, że języki różnią się między sobą sprawczością, formą kodowania czasu, metaforami czasoprzestrzennymi. Co z tego, że nie możesz przetłumaczyć Trudno na angielski. A Duńczyk przez Hygge pali więcej świeczek w jeden dzień niż ty przez cały rok.

Dla mnie najważniejsze nie jest to, że języki się różnią. To oczywiste. Ważne jest dla mnie to, jak te różnice determinują sposób myślenia. A chyba najważniejsze jest to, jak to myślenie wpływa na nasze nawyki, zachowanie a nawet samoocenę.

Wiedza o tym, sprawia, że eksperymentuję z językiem i świadomie go używam. Na szkoleniach z wystąpień zachęcam do używania języka sprawczego. Projektując marketingowe treści dbam o etykiety i ważę słowa. A sam o sobie myślę w kategorii rzeczownikowo wyrażanej tożsamości. I mówię jestem sportowcem amatorem. Jestem czytelnikiem. Jestem dociekliwym i uważnym słuchaczem.

Co ty wyciągniesz z tej wiedzy? Nie wiem. Ale mam nadzieję, że mi o tym napiszesz. Bo ten tekst będzie się rozwijał. Od momentu, gdy zderzy się z twoim oglądem i poglądem. A może zetknie? No właśnie. Wiele zależy jak nazwę to spotkanie. I jakie ono będzie dla Ciebie.


Kristian Strand on Unsplash


Does language shape thought?: Mandarin and English speakers’ conceptions of time, L. Boroditsky, Cognitive psychology 43 (1), 1-22
Metaphoric structuring: Understanding time through spatial metaphors, L. Boroditsky, Cognition 75 (1), 1-28
Time in the mind: Using space to think about time, D. Casasanto, L. Boroditsky, Cognition 106 (2), 579-593
The roles of body and mind in abstract thought, L. Boroditsky, M. Ramscar
Psychological science 13 (2), 185-189
Russian blues reveal effects of language on color discrimination, J. Winawer, N. Witthoft, M.C. Frank, L. Wu, A.R. Wade, L. Boroditsky Proceedings of the national academy of sciences 104 (19), 7780-7785
Being what you say: The effect of essentialist linguistic labels on preferences, G.M. Walton, M.R. Banaji, Social Cognition 22 (2), 193-213
“Helping” versus “being a helper”: Invoking the self to increase helping in young children, C.J. Bryan, A. Master, G.M. Walton, Child Development 85 (5), 1836-1842
Name bias in competence judgments, hiring decisions, and juror sentencing, D. Kenthirarajah, G.M. Walton, G.L. Cohen, 15th Annual Meeting of the Society for Personality and Social Psychology
The Effect of Language on Economic Behavior: Evidence from Savings Rates, Health Behaviors, and Retirement Assets, M.K. Chen, American Economic Review 103 (2), 690-731
Sapir, Edward; Swadesh, Morris (1946). American Indian Grammatical Categories. pp. 100–107.

Komentarze

Proszę o zachowanie kultury wypowiedzi w komentarzach.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Pokrewne treści

Pokrewne treści

Książki, które do tej pory napisałem, by podzielić się wiedzą i praktykami

Napisałem 8 książek – w tym nagrodzony bestseller „Sapiens na zakupach”. Oraz anglojęzyczny „Life’s a pitch”. Każdą książkę piszę, by przekazać wiedzę, ale także, by sam się czegoś nauczyć. Każda książka to dla mnie przygoda i wielkie wyzwanie. Mam nadzieję, że dla ciebie będzie przede wszystkim tym pierwszym.

42 minuty
8326 słów
Trudno przetłumaczyć trudno. O tym jak język wpływa na zachowania i motywacje i jak z tej wiedzy korzystać. Trudno przetłumaczyć na angielski „trudno”. It’s hard odnosi się tylko do pierwszego trudno. Jeśli jednak twój najlepszy przyjaciel przegrał w konkursie jedzenia arbuzów na czas i chcesz mu powiedzieć „Trudno” po angielsku – polegniesz. Podobnie jak polegniesz w zadaniu segregowania […]