Lista wstydu, iluzja produktywności i 'time blocking’.

Wiele lat temu studiowałem architekturę. I jak każdy student musiałem przejść swoisty rytuał przejścia –…

1253 słowa
6 minut
1253 słowa
6 minut

Przed Tobą

1253 słowa
Ich czytanie zajmie Ci około
6 minut
Jeśli zdecydujesz się powiedzieć tak temu tekstowi, dowiesz się:

  • Dowiesz się jak planuje czas w kalendarzu
  • Zobaczysz iluzję kontroli z listą zadań
  • Pokażę Ci efektywne planowanie tygodnia

Wiele lat temu studiowałem architekturę. I jak każdy student musiałem przejść swoisty rytuał przejścia – zdać trzy największe wiedzowe kobyły. Czyli Rozwój Myśli Architektonicznej, Mechanika Budowli i Geometria Wykreślna. Ten ostatni przedmiot nawet lubiłem. Choć ćwiczenia z niego napawały mnie z tygodnia na tydzień coraz większym lękiem. 

Dlaczego?

Otóż na pierwszych ćwiczeniach dostałem – jak każdy student czy studentka – arkusz z zadaniem i 90 minut. Przez ten czas miałem precyzyjnie technicznym ołówkiem wyrysować przecinające się bryły. Z tygodnia na tydzień, coraz bardziej zaawansowane. Nic dziwnego. Szlifowanie kompetencji polega na robieniu z czasem rzeczy coraz trudniejszych. 

Każdego tygodnia dostawałem dokładnie 90 minut na zadanie. W teorii to dość czasu. W praktyce – jak przekonałem się wkrótce ja i wielu kolegów i koleżanek – te półtorej godziny prawie nigdy nie wystarczało. 

Jaki był efekt?

Kto zdążył, oddawał arkusz i czekał na ocenę. Kto nie zdążył, też go oddawał. I dostawał po tygodniu do dokończenia. Razem z nowym zadaniem. 

Rekordziści mieli na koniec semestru na biurku pewnie z pięć arkuszy do wykończenia. I ciągle jedynie dziewięćdziesiąt minut. 

Ja do tego nie dopuściłem. Kilka razy miałem po dwa arkusze, ale nigdy więcej. Nauczyłem się, że można się bardzo dobrze przygotować i ćwiczyć w domu przed zajęciami. A to znacząco poprawiało efektywność podczas samych ćwiczeń. 

Dlaczego ci o tym mówię?

Bo tę historię przytaczam za każdym razem, gdy ktoś mówi, że wszystkie zadania zapisuje sobie na liście. I nigdy nie planuje ich w kalendarzu. Te zadania z listy są jak arkusze na ćwiczeniach z Geometrii Wykreślnej. 

Każdego dnia otwierasz nowy dzień z przekonaniem, że zdążysz. A potem przychodzi koniec dnia i z poczuciem klęski przerzucasz zadania na kolejny dzień. W którym przecież też czekają na ciebie inne zadania. 

Iluzje, samooszukiwanie się i natychmiastowa gratyfikacja

Nie wiem czy też zauważasz pewien paradoks. Zapisywanie zadań na liście jest o wiele przyjemniejsze i prostsze niż ich wykonywanie. Listy są ładne i cierpliwe. Dają nam też poczucie, że panujemy nad chaosem. W końcu wszystko jest ładnie i równiótko zapisane. Na kartce. W aplikacji. Na tablicy. Być może na elektrostatycznej jaskrawo żółtej karteczce od znanej ifluencerki. 

Tylko że to nie kontrola. To iluzja kontroli. A ja – podobnie jak Maria Janion – stawiam sobie wymóg życia bez złudzenia, iluzji¹. 

Na czym polega ponętna iluzja listy zadań? Na tym, że mami nas syrenim śpiewem produktywności, podczas gdy z czasem staje się narzędziem tortur. Bo lista patrzy na ciebie wzrokiem pełnym wyrzutu pod koniec (prawie) każdego dnia i zdaje się mówić, To ty jesteś problemem. Nie ja.

Tymczasem problemem jest to, że bardzo często nie tłumaczymy listy na jedyny słuszny język. Na język czasu, w którym zadania mają się zadziać.

Właśnie! Każde zdanie trwa w czasie. Dzieje się w czasie. I powinno mieć swoje miejsce w czasie. W postaci bloku czasu – ponętnej kolorowej cegiełki, która wypełni czas od do.

Powtórzę to raz jeszcze – każde zadanie trwa w czasie. I tylko tłumacząc je na język kalendarza, możesz zweryfikować, czy zadania wykonasz, czy nie.

Nie twierdzę, że listy masz wyrzucić czy spalić. Sam odczuwam przyjemne mrowienie, gdy w aplikacji Todolist odhaczę zadanie „Piszę tekst na bloga”. I usłyszę charakterystyczny dźwięk. Jednak to zadanie odhaczę wtedy, gdy napiszę tekst. A tekst piszę od 12:00 do 13:45. Potem przez 15 minut go szlifuję i redaguję. I oba te bloki mam w kalendarzu zarezerwowane. Podobnie jak blok czasu na obiad u rodziców i wieczorne 15 minut rozciągania.

Każde zadanie z mojej listy znajduje swoje miejsce w kalendarzu. Między 5:00 a 19:00. Po 19:00 mam zablokowany czas na tzw. Shutdown Ritual.

Każde zadanie – nawet takie jak poranna krzątanina dostają swój czas. Bo ja szanuje je na tyle, by im ten czas dać. I szanuje siebie na tyle, by wiedzieć, że w tygodniu mam 168 godzin. I gdy odejmę od tych godzin 56 godzin na zdrowy sen, to zostają mi 122 godziny na całą resztę. I tę resztę planuję w czasie. A nie zapisuje li tylko na liście.

Jeśli mówię tak, to gdzie mówię nie.

Wyobraź sobie taką sytuację. Siedzisz w robocie i cierpliwie wypracowujesz PKB ku chwale ojczyzny. Nagle przypomina ci się, że potrzebujesz recepty na szczepienie na grypę. Odrywasz się od Excela, Worda, PowerPointa czy maila i zapisujesz zadanie na liście – umówić się do lekarza.

Lista jest cierpliwa. Nie krzyczy.

Po chwili do pokoju wchodzi kolega i prosi o drobną przysługę. Przejrzyj jego o prezentację. To zajmie dosłownie chwile. Dopisujesz zadanie – Przejrzeć slajdy kolegi X.

Lista jest cierpliwa. Przyjmie wszystko.

Po godzinie dzwoni szef. Prosi, by raport był na biurku dziś. Nie jutro. Dopisujesz więc do listy – raport dla szefa.

Lista jest pojemna jak studnia bez dna. Nic z niej nie skreślasz. Tylko dodajesz.

Na tym także polega niebezpieczeństwo list. Łatwo się do nich dopisuje.

Z kalendarzem byłoby inaczej. Trzeba by było spojrzeć na niego i realnie powiedzieć, co ma z niego wylecieć, by wlecieć mogło coś. Innymi słowy – jeśli chcę powiedzieć tak nowemu zadaniu, to któremu już zaplanowanemu mówię nie i wysyłam je na inny dzień tygodnia.

Bo bez kalendarza i tak mówisz często nie. I to niestety czasowi dla siebie, bliskich i czasowi na sen.

Moja lista i ja

Ja też mam listę. W aplikacji Todoist. Każde zadanie z tej listy jest w kalendarzu. Raz w tygodniu – w piątek planuje tydzień, który przede mną. codziennie wieczorem przeglądam plany na następny dzień. Bo jestem elastyczny. I biorę pod uwagę, że mogą się zmienić. W Google Calendar mam funkcję „Kopiuj do Todoist” i często z niej korzystam. Samą aplikację też mam zintegrowaną, więc wszystko, co tam zapiszę, mogę od razu zapisać w kalendarzu. I tak sobie żyję. W czasie. Bo życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową, która rozgrywa się w czasie. A nie na liście zadań.


Mój kalendarz wygląda jak gra Tetris. I bardzo lubię te kolorowe cegiełki. Lawendowe to praca w skupieniu. Zielone to dbanie o siebie. Te podwójne zadania to właśnie skopiowane zadania do Todoist.

Powodzenia w tłumaczeniu listy na język czasu. Jedyny słuszny! Ja kończę i patrzę na zegarek. Jest 13:43. Pora na redakcję tekstu. Zgodnie z planem.

Wszystkie moje przykłady odnoszą się do mojego życia i moich potrzeb. To, że ja budzę się o 4:45 i zasypiam jak dziecko o 20:30, nie oznacza, że Ty też masz tak robić. To, że ja ćwiczę o 5:00 i odpowiadam na maile raz dziennie przez 45 minut, nie jest złotym standardem. Moje godziny pracy, różnią się od twoich. I moje życie jest inne niż twoje. Jednak bez względu na to, co robisz i jak to robisz, to zapewniam cię, że każde z tych zadań trwa jakiś czas. I zdecydowaną większość tych zadań warto w czasie właśnie rozplanować.


¹ Prof. Maria Janion: Stawiam sobie wymóg życia bez złudzenia, iluzji, Portrety Kobiet, Katarzyna Białas, Wysokie Obcasy, numer 1/10/2022


Photo by Suzy Hazelwood
Cover Photo by Pixabay

Komentarze

Proszę o zachowanie kultury wypowiedzi w komentarzach.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze

Pokrewne treści

Pokrewne treści

  • Jestem idiota. Czyli jak odzyskać skupienie przez eliminację?

    Jestem idiota. Czyli jak odzyskać skupienie przez eliminację?

    Jestem idiotą. Nie dlatego, że zrobiłem coś źle. Raczej dlatego, że zbyt długo podejmowałem się wszystkiego, co los i inni ludzie mi proponowali. Mówiłem „tak” projektom, realizacjom, artykułom i prośbom o komentarze eksperckie. Zapisywałem się na kolejne kursy. Kupowałem kolejne książki. Planowałem kolejne projekty. A wszystko to prowadziło donikąd, bo…

  • Nie jesteś sumą swoich nawyków

    Nie jesteś sumą swoich nawyków

    Nie jesteś swoimi nawykami. Twoje nawyki są częścią Ciebie — a to kluczowa różnica. Nie jesteś na zawsze uwikłan_ w nawyki, które zdają się budować twoją obecną tożsamość. Możesz mieć nawyk odwlekania na potem ważnych zadań, ale to nie znaczy, że jesteś prokrastynatorem. Możesz mieć nawyk odpalania Netflixa po całym dniu…

  • Czy mistrz ZEN korzysta z Internetu?

    Czy mistrz ZEN korzysta z Internetu?

    Moja przyjaciółka pojechała kiedyś na kilkudniowe spotkanie z jednym z wietnamskich mistrzów ZEN. Wiedziona ciekawością, chciała zobaczyć jak techniki uważności, medytacji i wschodniej tradycji buddyjskiej, mogą wzbogacić jej praktykę terapeutyczną, a także nią samą.Gdy wróciła, ja z ciekawością wypytywałem ją o szczegóły. Z wszystkich, którymi się ze mną podzieliła, najlepiej…

Książki, które do tej pory napisałem, by podzielić się wiedzą i praktykami

Napisałem 8 książek – w tym nagrodzony bestseller „Sapiens na zakupach”. Oraz anglojęzyczny „Life’s a pitch”. Każdą książkę piszę, by przekazać wiedzę, ale także, by sam się czegoś nauczyć. Każda książka to dla mnie przygoda i wielkie wyzwanie. Mam nadzieję, że dla ciebie będzie przede wszystkim tym pierwszym.

6 minut
1253 słowa
Lista wstydu, iluzja produktywności i 'time blocking’. Wiele lat temu studiowałem architekturę. I jak każdy student musiałem przejść swoisty rytuał przejścia – zdać trzy największe wiedzowe kobyły. Czyli Rozwój Myśli Architektonicznej, Mechanika Budowli i Geometria Wykreślna. Ten ostatni przedmiot nawet lubiłem. Choć ćwiczenia z niego napawały mnie z tygodnia na tydzień coraz większym lękiem.  Dlaczego? Otóż na pierwszych ćwiczeniach dostałem – jak […]