„Nie stresuj się!” i inne głupie rady przed wystąpieniem: #słowo_na_niedziele_12

Gdy wyjdę 23.09.2019 na scenę Golden Marketing Conference w Warszawie z premierową prezentacją, poczuję to…

1869 słów
9 minut
1869 słów
9 minut

Przed Tobą

1869 słów
Ich czytanie zajmie Ci około
9 minut
Jeśli zdecydujesz się powiedzieć tak temu tekstowi, dowiesz się:

  • Przeczytasz jak stres był postrzegany przez lata
  • Dowiesz się że stres jest naturalną reakcją organizmu
  • Przedstawię Ci pożądane symptomy stresu
  • Odkryjesz znaczenie samooceny w postrzeganiu stresu
  • Zachęcę Cię do akceptacji stresu

Gdy wyjdę 23.09.2019 na scenę Golden Marketing Conference w Warszawie z premierową prezentacją, poczuję to co zwykle. Suchość w ustach, szybciej bijące serce, pulsujące skronie. Mocne napięcie mięśni w całym ciele. Będę naładowany energią. Podobnie będzie miesiąc później. 23.10.2019 na I Love Marketing też wystąpię z nowym materiałem. I też będę się stresował. No właśnie. Czy aby na pewno?

Słowo stres (ang. stress) do lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku oznaczało napięcie. Tylko tyle. I częściej było używane przez hutników i metalurgów. Na określenie napięć w materiale.

W 1956 roku Hans Hugon Selye wydał książkę pt. The Stress of Life. Zebrał w niej wiele lat swojej pracy badawczej nad tym zjawiskiem. Zaczęła się akulturacja zjawiska. Dziś ludzie mówią „jestem zestresowany” w wielu sytuacjach. Czasem lękiem nazywając tremę sceniczną. Czasem ekscytację. Czasem lęk. Nic dziwnego. W końcu nawet w klasyfikacji stresorów Holmesa i Rahe’a wśród 43 zdarzeń są obok siebie takie jak ślub i rozwód. Utrata pracy i pierwszy dzień w nowej pracy.

Stres to w większości zupełnie naturalna reakcja na środowisko. Wszystko co dzieje się w ciele w obliczu zdarzenia (bodźca nazywanego stresorem), przygotowuje nas do walki albo do ucieczki. Bijące szybciej serce dostarcza więcej krwi do mięśni. Przyspieszony oddech dotlenia mózg. W mózgu wszystko nakierowane jest na zawężenie uwagi i totalne skupienie na działaniu. Napięcie mięśniowe daje wręcz nadludzką siłę (stąd opowieści o ludziach, którzy nagle w totalnym stresie podnosili ciągniki, bryczki i inne rzeczy, których normalnie w życiu by nie podźwignęli).

Wiele wskazuje więc na to, że przed samym wystąpieniem na konferencji czy przed szefem, warto potraktować te symptomy jako pożądane.  A nie „walczyć z nimi”. 

Dlatego ostatnią rzeczą, którą chcę usłyszeć przed wystąpieniem to „nie stresuj się”. Albo „będzie dobrze”. Wolę się stresować. Chociaż wolę ten stan też określać ekscytacją. Wiem też dlaczego się ekscytuję. Bo każdy warsztat, każda prezentacja to dla mnie okazja przekazania wiedzy i pokazania czegoś, nad czym długo pracowałem. To naturalne, że mnie to stresuje/ekscytuje.

Co więcej – gdybym się „nie stresował”, uznałbym, że mi nie zależy. A to byłby sygnał, że pora kończyć tę zabawę w szkoleniowca. 

Michael Jordan pod koniec kariery już się ponoć nie stresował. I snuł się po boisku. Ale wystarczyło, że ktoś go wkurzył i od razu motywował się do gry. Więc trenerzy drużyn przeciwnych powtarzali zawodnikom „tylko nie wkurzajcie Jordana, bo zacznie lepiej grać”. 

Wolę być więc takim wkurzonym Jordanem niż smutnym bezstresowym snujem. Zwłaszcza, że rada „nie stresuj się” jest równie skuteczna jak rada w przypadku obniżonego nastroju lube depresji – „Nie smuć się”. Rozumiem, że ktoś ma dobre intencje, ale to tak nie działa. Krzepiące (w zamierzeniu) słowa nic nie zmieniają. Na dźwięk „Nie stresuj się” nikt jeszcze nie przestał odczuwać fizjologicznych objawów stresu. Z kolei na to, „żeby się próbować nie smucić” na pewno wpadła sama każda osoba z obniżonym nastrojem. Ale nie zadziałało. Bo nie zadziała.

Z kolei „będzie dobrze” albo „na pewno wypadniesz świetnie” jest wyrazem pięknego optymizmu, konwencjonalnej wiary w drugiego człowieka lub grzecznościowym pocieszeniem, które stosuje się czasem nawet w okolicznościach szpitalno-diagnostycznych. Jest też wyrazem skrajnej niewiedzy o prawdopodobieństwie. Przecież naprawdę NIE WIEMY czy będzie dobrze czy nie. Może pójść dobrze, źle, średnio dobrze, dość dobrze. Może pójść zadowalająco. Cudowne spektrum możliwości!

No dobra – skoro już wiemy, co raczej nie zadziała, to zajmijmy się tym, co działa. Stres pojawia się, gdy tracimy kontrolę lub mamy mniejszy wpływ na środowisko, które jest nieprzewidywalne. I w naszym mniemaniu groźne. Jestem raczej dobrym kierowcą i nie stresuje mnie jazda samochodem. Bo potrafię jeździć i mam poczucie kontroli. Gdy jednak zapomnę w grudniu zmienić opony na zimowe, pojawi się pierwsza szadź, gołoledź, ślizgawica i błoto poślizgowe, to będę się stresował. Bo nie będę mieć pełnej kontroli.

Dlatego dla mnie kluczowe jest by mieć jak najwięcej czynników pod kontrolą. Mogę się przygotować. Mogę nawet pomyśleć, co może pójść nie tak i też się na to przygotować. Mogę być 30 minut przed warsztatem czy konferencją i mogę sprawić to, co stresować może. Mogę też porozmawiać z ludźmi, którzy przychodzą na spotkanie lub wystąpienie. Tym samym ich oswajam i znajduję podobieństwa.

Normalnie twój mózg odczytuje grupę (zupełnie) obcych ludzi, jako zagrożenie. Nic dziwnego. 200 tysięcy lat temu zaczął się do tego przyzwyczajać. I choć świadomie oceniasz szanse na to, że widownia zacznie rzucać w ciebie ostrymi przedmiotami na zero, to twój mózg szaleje. Dlatego warto zamienić obcych na nieco bardziej znajomych.

Jasne, że mały small talk (który dla mnie introwertyka jest piekłem) nie sprawi, że od razu zaprzyjaźnisz się na śmierć i życie z całą widownią. ale być może dowiesz się, kto jest z Radomia, kto lubi Yerba Mate i czyja babcia pochodzi z Podlasia i dlaczego kaszubskie ruchanki nie mają nic wspólnego z seksem.

Pamiętaj – wiele rzeczy możesz mieć pod kontrolą. Są też takie, których pod kontrolą nie będziesz mieć. I warto się z tym pogodzić. Na przykład nie masz pod kontrolą swojej widowni. Chyba, że jesteś Mao, Stalinem, Berią czy innym mówcą, na którym wszyscy są skupieni, bo jak nie będą to zginą marnie.

Nie masz pod kontrolą tego, czy ziewną, zerkną na telefon, czy wyjdą. Chyba, że użyjesz paralizatora. Ale to chyba nielegalne. Chociaż co ja tam wiem. 

Możesz walczyć o uwagę, ale czasem jej nie zdobędziesz. Możesz zawalczyć o śmiech, ale czasem się nie zaśmieją. I z tym się trzeba pogodzić. 

Nie masz widowni pod kontrolą, ale swoje reakcje na widownie – w postaci automatycznych myśli – warto kontrolować. Natychmiast się z nimi rozprawiając! Myśl nie jest faktem. To, że pomyślisz, że komuś się nudzi. Nie oznacza, że się naprawdę nudzi. To, że ktoś wyjdzie a ty pomyślisz, że poszedł się poskarżyć organizatorom konferencji i Naczelnej Izbie Kontroli, że takiego badziewia to nie widział od czasu występu Michała Wiśniewskiego na Rocznicy Wysypania Zboża na Tory przez św. p. Leppera, NIE OZNACZA, że to prawda. MYŚL NIE JEST FAKTEM. Jest twoją interpretacją rzeczywistości. Najczęściej – w przypadku wystąpień – jest to interpretacja negatywna. 

Załóżmy, że występujesz albo prowadzisz warsztat. Wszyscy siedzą uśmiechnięci, ale ty oczywiście zauważasz jedną osobę z dość dziwnym wyrazem twarzy. Na dodatek unikającą kontaktu wzrokowego. Twój mózg automatycznie katastrofizuje – na pewno się nudzi, nie podoba jej się. Twój mózg nie przewidzi opcji (a), że to introwertyk, który z reguły nie pragnie kontaktu i losowej atencji jak siostry Godlewskie, (b), że to osoba, która zainteresowanie po prostu krępuje, (c) to osoba, która jest z Japonii, tylko nie wygląda. (A w Japonii kontakt wzrokowy jest taką samą bezczelnością jak zdejmowanie butów w pociągu i kładzenie swoich śmierdzących syr na siedzeniu).

Kiedyś prowadziłem wykład dla dużej grupy studentów z różnych uczelni. Dość późno. Zarówna jak na moje standardy (chodzę spać o 22:00), jak i na uczelniane. Jakieś 20 minut przed końcem, cały ostatni rząd wyszedł. Przez chwilę mój umysł zarejestrował tragedię równą klęsce Napoleona pod Lipskiem lub występowi Mandaryny w Sopocie. 

Wróciłem do domu pokonany jak Madonna po Eurowizji. Przed snem rzuciłem jeszcze okiem na skrzynkę z mailami. I znalazłem tam wiadomość od jednego ze studentów, którzy wyszli. Wysłaną na 5 minut przed tym zajściem, które mnie rozłożyło jak cios Muhamada Aliego. Pisał, „bardzo, bardzo przepraszamy. Strasznie nam się podobało, ale musieliśmy wyjść, bo mieliśmy ostatnią sensowną kolejkę do Słupska. Przepraszamy i mamy nadzieję i apetyt na więcej Pana wystąpień”. Hmmm… na to mój mózg by nie wpadł. 

Analizy wystąpień warto dokonywać na chłodno. Stosując w miarę możliwości obiektywne miary. Ale nie warto w trakcie skanować, analizować i interpretować. Bo to i tak nic nie zmieni. A jak zaczniesz grać pod tę jedną osobę, która wydaje się być niezadowolona, to możesz przegrać. 

Jasne, że jak cała sala ostentacyjnie wyjdzie wznosząc okrzyki „hańba”, to warto się zastanowić, co poszło nie tak. Jednak taki przypadek zdarzył się… nigdy. Z tego co wiem. 

Stres wynika też często z tego, że przykładamy wielką wagę do naszej prezentacji. To zrozumiałe. Jednak mam dla ciebie ważną wiadomość – od prezentacji NIE ZALEŻY ŻYCIE. Może trochę reputacja. Może samoocena. Ale jeśli nabierzesz dystansu i po prostu będziesz śmiać się ze swoich potknięć, to wiele zyskasz. Najwyżej widownia się pośmieje. I co z tego! Na zdrowie. Pomyliłeś Edypa z Syzyfem. Nic się nie stało – to nie matura z polskiego. Zrobiłeś błąd i ktoś z sali zareagował – podziękuj, popraw i idź dalej. W końcu nie wysadziłeś/aś reaktora w Czernobylu tylko pomyliłeś Richarda Bransona z Charlesem Mansonem (mi się to zdarzyło). 

Będę się stresował. Będę się ekscytował. Bo lubię edukować. A edukowanie zakłada wychodzenie przed ludzi i ich uczenie. Zakłada też wystawianie siebie na ocenę. Sprawiedliwą lub nie. Obarczoną stereotypami i pierwszym wrażeniem. Ale zawsze ocenę. 

Będę się wystawiał na tę ocenę i będę uczył. Choć czasem bliska jest mi maksyma, którą usłyszałem od jednego z uczestników moich szkoleń – Be smart. Avoid people. Tyle, że ja lubię ludzi. Choć czasem w małych dawkach. 

Stres wynika też z przekonania, że będziemy oceniani. To z kolei ma związek z naszą samooceną. Jeśli masz zdrową normalną samoocenę, to nie będziesz się tak obawiać, że ktoś pomyśli o tobie, że „jesteś głupi”, „nie znasz się”, „co ty tam wiesz”. Nie będziesz się obawiać bo masz zdrowy stosunek do swoich mocnych stron i znasz swe kompetencje. Jeśli masz zaniżoną samoocenę, to będzie cię boleć każde potknięcie. I będzie cię paraliżował lęk przed porażką. Jeśli masz z kolei zawyżoną samoocenę, to co prawda Ciebie krytyka nie zaboli, ale już twoje wystąpienia mogą zaboleć widownie. 

Miej pod kontrolą to co możesz mieć pod kontrolą. Stosuj dwójmyślenie. Nad samooceną pracuj. Stresuj się. I pamiętaj – ja też się stresuję.

Photo by Kat Jayne from Pexels

Komentarze

Proszę o zachowanie kultury wypowiedzi w komentarzach.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Pokrewne treści

Pokrewne treści

Książki, które do tej pory napisałem, by podzielić się wiedzą i praktykami

Napisałem 8 książek – w tym nagrodzony bestseller „Sapiens na zakupach”. Oraz anglojęzyczny „Life’s a pitch”. Każdą książkę piszę, by przekazać wiedzę, ale także, by sam się czegoś nauczyć. Każda książka to dla mnie przygoda i wielkie wyzwanie. Mam nadzieję, że dla ciebie będzie przede wszystkim tym pierwszym.

9 minut
1869 słów
„Nie stresuj się!” i inne głupie rady przed wystąpieniem: #słowo_na_niedziele_12 Gdy wyjdę 23.09.2019 na scenę Golden Marketing Conference w Warszawie z premierową prezentacją, poczuję to co zwykle. Suchość w ustach, szybciej bijące serce, pulsujące skronie. Mocne napięcie mięśni w całym ciele. Będę naładowany energią. Podobnie będzie miesiąc później. 23.10.2019 na I Love Marketing też wystąpię z nowym materiałem. I też będę się stresował. No właśnie. […]