Kłamstwa, pandemia i leniwy umysł: #błędy_poznawcze_47

Opublikowano Kategorie Lifestyle, Marketing, Psychologia, Tak tylko mówięTagi , , , , , ,

Robert Mueller był dyrektorem FBI od 2001 do 2013. W 2017 r. został mianowany przez Departament Sprawiedliwości specjalnym prokuratorem do nadzorowania federalnego śledztwa w sprawie zarzutów o ingerencję Rosji w wybory prezydenckie w 2016 roku.

Śledztwo pod jego nadzorem wykazało związki i mechanizm ingerowania w wybory.

W październiku 2018 roku Jacob Wohl oraz Jack Burkman ujawnili, że do drugiego z nich zgłosiła się ofiara Muellera. Kobieta, która oskarżyła funkcjonariusza o gwałt. 3.08.2010 Mueller miał poznać kobietę w hotelowym barze w Nowym Jorku. Przekonał ją rzekomo do pójścia z nim do pokoju, gdzie ją zgwałcił.

Jacob Wohl i Jack Burkman zdecydowali się zwołać konferencję prasową na 1 listopada 2018 roku. Miała na niej pojawić się ofiara Muellera.

Przed samą konferencja w sieci ukazał się raport przygotowany przez prywatne służby wywiadowcze i detektywistyczne prowadzące dochodzenie i badające prawdziwość oskarżeń. Raport firmy Surefire Intelligence był dla Muellera druzgocący. Opinia publiczna odpowiedziała adekwatnym oburzeniem. Mleko się rozlało.

Na samej konferencji pojawili się tylko Wohl i Burkman. Ofiara, której tożsamość pozostawała nieznana (z oczywistych względów) nie pojawiła się. Dlaczego? Ponoć miała dostawać groźby i przestraszyła się.

Na pytanie dziennikarzy, jak mogła dostawać groźby, skoro nikt nie ujawnił, ani nie znał jej tożsamości, ani Wohl ani Burkman nie potrafili odpowiedzieć.

Mieli jednak ciekawą odpowiedź na inne pytanie. Otóż okazała się, że firma, której raport tak ochoczo rozpowszechnili w sieci i który spowodował straty wizerunkowe oskarżonego – nie istniała. Była fasadową wydmuszką. Wszystkie numery telefonów na stronie były zarejestrowane na matkę Wohla. Zdjęcia agentów, którzy rzekomo pracowali dla Surefire Intelligence były skradzionymi z sieci zdjęciami… Christophera Waltza (aktor), modelek z banku zdjęć stockowych i przyciemnionymi do granic absurdu zdjęciami samego Wohla. Gdy dziennikarze zapytali właśnie o to, Wohl odparł:

Śledztwo przez długi czas było w toku i niezwykle istotne było zachowanie mojej anonimowości.

Aha. Zrozumiałe. Trochę mniej już zrozumiałe było zwoływanie konferencji prasowej, która stoi w kontrze z zachowaniem anonimowości. Na co zwróciła uwagę inna dziennikarka.

Najbardziej jednak kuriozalny był inny wątek konferencji.

Otóż jeden z dziennikarzy obecnych na sali ujawnił, że w Washington Post 3.08.2010 pojawiła się informacja (nota) o tym, że tego dnia Robert Mueller stawił się w Sadzie Najwyższym w Waszyngtonie w charakterze sędziego przysięgłego. Ten obywatelski obowiązek wypełnił sumiennie. Tego i następnego dnia.

Było to ewidentnie sprzeczne z oskarżeniem o gwałt tego samego dnia w innym mieście oddalonym o 350 km.

Jacob Wohl stwierdził po prostu, że to całkiem możliwe, że można być w tym samym czasie w różnych miejscach. I że jedno nie wyklucza drugiego.

Pojawiały się też wątki jawnie absurdalne. Gdy wreszcie dwaj panowie ujawnili dane ofiary, nie potrafili uzgodnić, czy nazywa się Caroline Cass, czy Carolyne Cass.

Konferencja była farsą. Krzywda wyrządzona Muellerowi już nie.

Wohl i Burkman mają na swoim koncie całą masę podobnych działań. Używają – w pełni świadomie wielopoziomowych kłamstw do osiągania swoich celów.

Ich kłamstwa z prędkością światła rozchodzą się po Reddicie, Facebooku, Twitterze czy YouTubie. Prawda – jeśli uda jej się przebić przez sterty łajna dociera do nielicznych. Jeszcze mniej się z nią godzi.

Modus operandi jest podobny za każdym razem. Atrakcyjna teoria, która dyskredytuje przeciwnika. Mocne oskarżenie – gwałt, siatka pedofilska, powiązania mafijne. Duża doza tajemnicy i stopniowe odsłanianie kulis. Sączenie do sieci raportów, które przygotowują grunt.

Na koniec obserwowanie zasięgów. Bo tylko to się dla tych panów (i nie tylko) liczy. Dla ich politycznego guru – Donalda Trumpa – też. Prawda nie ma znaczenia. Kłamstwo jest narzędziem.

A my w to kłamstwo wierzymy. Niekoniecznie w to. Każdy w inne. I być może też kłamiemy. Różnie łagodząc w sobie dysonans poznawczy. Różnie korzystając ze współczynnika elastyczności opisanego przez Dana Ariely’ego.

Przed samą konferencją Jacob Wohl z ekscytacją podjaranego gimnazjalisty wskazuje na autobus stojący przed hotelem, w którym odbędzie się za chwile spotkanie z prasą. Mówi, „Oho, tak się z nami liczą, że przysłali SOROSO BUS (od nazwiska Sorosa) z manifestantami”. Robi zdjęcie i z dumą twittuje. Na uwagę dziennikarza, że to może być PO PROSTU AUTOBUS przed hotelem, Wohl odpowiada:

Wygląda jak wynajęty przez Sorosa autobus. Pasuje do profilu zdarzeń.

Aha. Zrozumiałe. Pasuje do teorii. Pasuje do mojej linii kłamstwa. To oznacza, że bez skrupułów i jakiegokolwiek potwierdzenia mogę stwierdzić FAKT.

Nie proszę państwa! FAKT to coś, co można potwierdzić empirycznie. Czyjeś przekonanie czy OPINIA nie jest faktem. I nie stanie się choćbyśmy nie wiem jak się wytężali w myśleniu. Takie traktowanie informacji nazywamy motywowany rozumowaniem. To kibicowanie swoim myślom i przekonaniom tak wielkie, że każe nam robić kurwę z logiki czy rzeczywistości i szmatę z intelektu odbiorcy.

Tyle, że odbiorca coraz rzadziej ma czas, by weryfikować, reagować i zadać choćby najprostsze pytanie:

Skąd wiesz, że to prawda?

Właśnie teraz. Właśnie teraz gdy jesteśmy zmęczeni, zmartwieni, otępieni i zastanawiamy się, jak i czy w ogóle przeżyjemy musimy sobie zadawać ciągle to pytanie.

Teraz gdy poszukujemy informacji, gdy o 40% wzrósł ruch na Facebooku, gdy od niezależnej prasy i śledztwo dziennikarskich wolimy swoich zależnych przyjaciół i ich przemycone informacje o tym, że, Mama kolegi, który pracuje w ABS…, właśnie teraz musimy zadawać sobie i innym pytanie, SKĄD wiesz, że to prawda.

Teraz, gdy chcemy wierzyć, że cebula, aloes, czerwona nitka lub lewoskrętna witamina C czy gęsi smalec chronią przed zarazą, musimy zadawać sobie i innym pytanie, SKĄD wiesz, że to prawda.

Przez 30 lat wielu z nas było dobrze. Stopniowo coraz więcej z nas odpływało w alternatywne światy „ukrytych terapii”, „siły pozytywnych wibracji” i new age’owskich teorii serwowanych przez instagramowe słupy ogłoszeniowe, które być może nawet wierzyły w detoks herbatki i gorsety do kształtowania talii. Bardziej jednak wierzyły w faktury na wysokie kwoty.

Wątpiliśmy w naukę i nią pogardzaliśmy. W tę jedyną znaną metodę empirycznego odpowiadania na pytanie SKĄD WIESZ, ŻE TO PRAWDA.

Kłamaliśmy, okłamywaliśmy i lawirowaliśmy. I uchodziło nam to na sucho.

Brian Tracy na swoich seminariach dla tysięcy wyznawców opowiadał o badaniach z Yale, które miały potwierdzać tezę, że zapisywanie celów jest gwarantem ich wizualizacji i osiągania. To badanie nigdy nie miało miejsca.

Anna Lewandowska na swoim Instagramie przekazuje wiedzę o tym, że gęsi smalec leczy przeziębienia. Nie ma badań. Ma intuicje i folklor. Tłum wyznawców potakuje.

Siostry Kardashian na swoich kontach reklamują cud herbaty detoksykujące, które poprawiają metabolizm. To szkodliwe substancje bez atestów. Działają jak laksatywy. Masz po nich sraczkę. Może nawet chudniesz. Ale też rujnujesz zdrowie.

Belle Gibson opisuje swoją zwycięską walkę z rakiem. Walkę, która podjęła rezygnując z medycyny. Walkę, która wygrała dzięki organicznej diecie i protokołowi Gersona. Gibson kłamała. Nigdy raka nie miała. W protokół Gersona nadal wielu wierzy. Mimo, że badania nie potwierdzają jego skuteczności.

Wielu to nie przeszkadza. Lubimy być okłamywani. Szczególnie gdy to kłamstwo jest spójne z naszymi poglądami i przekonaniami.

Lubimy też kłamać. Szczególnie gdy kłamstwo pomaga nam realizować własne cele.

Mój znajomy na Facebooku rzuca hasło:

Nie jest trochę tak, że męskość i rycerskość ustąpiła miejsca miałkości i grubym brzuszkom?

Dużo odpowiedzi na tak. Wśród nich, jeden głos rozsądku:

A czy jedno wyklucza drugie? Znam tych z „grubym brzuszkiem” i są bardziej męscy i rycerscy od tych „wypucowanych”;) to wszystko tylko łatki.

Na to wołanie o rozsądek i nie tworzenie fałszywej zerojedynkowej rzeczywistości jest odpowiedź:

Nie wyklucza, ale tak robie więcej szumu.

I ja cię z tą odpowiedzią zostawię. Siebie też. Nie po to, żebyśmy sobie teraz pogratulowali, że my tak nie robimy. Tylko, żebyśmy sobie codziennie (jak Marek Aureliusz) przypominali, że jesteśmy słabi. I ulegamy pokusie kłamstwa, naginania faktów, niemerytorycznej dyskusji i wierze w fałszywe autorytety. I że prawda nas uwiera.

W filmie Elisabeth, królowa Elżbieta wyjaśnia dlaczego utrzyma przy życiu swojego kochanka Roberta Dudleya, który jak się okazało, spiskował przeciw niej. Mówi, He shall be kept alive to always remind me of how close I came to danger. Utrzyma go przy życiu, by zawsze przypomniał jej jak blisko (i bezrefleksyjnie) zbliżyła się do niebezpieczeństwa.

Ja też mam swojego Dudleya w szafie. Utrzymuje moje głupie pomyłki w katalogu słabości. By często przypominać sobie o swojej niedoskonałości. I korygować myślenie.

W tym katalogu jest (kretyńska) wiara w post doktor Dąbrowskiej, zła interpretacja badań profesora Mehrabiana (słynne 7%), picie w Australii alkalicznej wody i cała masa innych głupot. Masa zbrodni leniwego umysłu.

Prawda (o sobie) też jest niewygodna. Ale krucha ekologia naszych iluzji może nas drogo kosztować. Już zaczynamy płacić rachunek.