Myliłem się! Wyznanie winy jako zabieg retoryczny.

Opublikowano Kategorie LifestyleTagi , , , ,

Co psycholożka zdrowia, prezydent USA, fikcyjny wiceprezydent USA, australijski komik i jeden z uczestników mojego kursu mistrzowskiego mają ze sobą wspólnego? Z pokorą przyznają się do błędów i niedoskonałości. Co ważne – nie tracą na tym, a zyskują. Wykorzystują wstydliwe (zdawałoby się) wyznanie jako zabieg retoryczny. Nazywam to I was wrong effect lub Confession effect. I zachęcam do stosowania w wystąpieniach publicznych.

Nie w każdym przypadku chodzi o samobiczowanie, posypywanie głowy popiołem czy też grzmocenie się w pierś z towarzyszeniem mamrotanego mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Chodzi o przyznanie się do błędu, wyznanie przewiny czy brutalne stwierdzenie faktu. Bez owijania w bawełnę. I o skruchę. Przy czym efekt ten działa dobrze tylko, gdy dotyczy nas samych. A nie jest czystym szkalowaniem czy obarczaniem winą innych.

Kelly McGonigal – amerykańska psycholog zdrowia – mówi w swoim wystąpieniu na konferencji TED.com:

I have a confession to make. […]. My confession is this: I am a health psychologist, and my mission is to help people be happier and healthier. But I fear that something I’ve been teaching for the last 10 years is doing more harm than good, and it has to do with stress. For years I’ve been telling people, stress makes you sick. It increases the risk of everything from the common cold to cardiovascular disease. Basically, I’ve turned stress into the enemy. But I have changed my mind about stress, and today, I want to change yours.

To szczere wyznanie psycholożki, która przez 10 lat działała w obszarze psychologii zdrowia. A teraz przyznaje, że obawia się, że wyrządziła więcej szkody niż pożytku. Zmieniła jednak zdanie i tą prezentacją chce naprawić winy. Taki zabieg wzbudza zaufanie i ciekawość. O ile oczywiście jest postrzegany jako autentyczny. I nie ma obaw – zazwyczaj prelegentowi dodaje niż ujmuje. Choć wyjątkiem będzie pewnie przyznanie się na scenie, że się wymordowało swoją rodzinę czy, że się maltretuje małe kotki.

Jednak figura syna marnotrawnego (bądź córki w tym wypadku) działa. Może dlatego, że jak dowodzi w swoich badaniach Pennebacker – lubimy wyjątki?

Wyjątkiem wśród polityków, którzy tę regułę wykorzystali jest John F. Kennedy, który przyznał, że interwencja w Zatoce Świń była błędem. Zrobił to tymi słowami:

Victory has a hundred fathers, but defeat is an orphan. … I am the responsible officer of the government.

I słupki popularności wystrzeliły w górę. Bo ludzie docenili jego (postrzegany) autentyzm. A także (postrzeganą) pokorę i skruchę. Jakże rzadką wśród polityków. W przypadku Kennedy’ego liczył się oczywiście jego postrzegany wizerunek. W końcu to jeden z ulubionych prezydentów. Ten pupil wyborców przyjął na klatę winę za katastrofalną decyzję. I zyskał.

Zyskał też pewnie fikcyjny scenariuszowy wiceprezydent z amerykańskiego gniotu The Day After Tomorrow. W jednej z ostatnich scen Raymond Becker mówi:

For years, we operated under the belief that we could continue consuming our planet’s natural resources, without consequence. We were wrong. I was wrong. The fact that my first address to you comes from a consulate on foreign soil is a testament to our changed reality.

I znów – myliłem się, ale teraz już wiem jak jest naprawdę. I was blind but now I see.

Nieco inną – choć zbliżoną figurę retoryczną – wykorzystuje Tim Minchin w swoim wystąpieniu dla absolwentów University of Western Australia. Zaczyna od przyznania, że wcale nie jest najlepszą osobą, żeby kogokolwiek inspirować.

[…] And if the mountain was meant to be a symbol of life’s challenges, and the loss of limbs a metaphor for sacrifice, the software guy’s not going to get it, is he? Cos he didn’t do an arts degree, did he? He should have. Arts degrees are awesome. And they help you find meaning where there is none. And let me assure you, there is none. Don’t go looking for it. Searching for meaning is like searching for a rhyme scheme in a cookbook: you won’t find it and you’ll bugger up your soufflé.

Point being, I’m not an inspirational speaker. I’ve never lost a limb on a mountainside, metaphorically or otherwise. And I’m certainly not here to give career advice, cos… well I’ve never really had what most would call a proper job.

Ta pokora stoi spokojnie naprzeciw rozbuchanych ego motywacyjnych mówców, którzy bez refleksji sprzedają swoje opinie za grubą mamonę. Opinie i proste recepty, których zaletą jest to, że są proste. Wadą to, że nie działają. Zwróć uwagę jak bezpardonowo Minchin rozprawia się z mitem „poszukiwania sensu”. Mówi przecież:

Arts degrees are awesome. And they help you find meaning where there is none. And let me assure you, there is none. Don’t go looking for it. Searching for meaning is like searching for a rhyme scheme in a cookbook: you won’t find it and you’ll bugger up your soufflé.

Te przykłady podaję często na moich szkoleniach. Jako zachętę do autentycznego dialogu z odbiorcą, który zaczyna się od słów – muszę ci się do czegoś przyznać. I często uczestnicy remiksują tę frazę z gracja Davida Guetty. Ostatnio na przykład jeden zaczął tak:

I have a confession to make. I’m not a genius Java Script Developer. I’m not even a very good one. But I’m a key member of my team. And that is what I want to tell you about. […]

To wyznanie wzbudza ciekawość i buduje wiarygodność. Oczywiście jeśli idziemy posłuchać kogoś, kto w ogóle zna się na programowaniu. Gdybym ja zaczął swoje wystąpienie mówiąc:

Muszę się wam do czegoś przyznać – nie potrafię do końca zrozumieć Wielkiego Twierdzenia Fermata (w skrócie WTF).

To może osiągnąłbym jakiś efekt, ale niekoniecznie pożądany. Dlatego, że to nie byłoby szokujące. Odbiorca, który mnie choć trochę zna, nie oczekuję, żebym znał się na teorii liczb orzekającej, że dla wykładników n ≥ 3 równanie xn + yn = zn nie ma rozwiązań w liczbach całkowitych dodatnich x, y, z.

Wyznanie musi być autentyczne, szczere i choć trochę zaskakujące. Lub musi być postrzegane jako autentyczne, szczere i zaskakujące. Skąd ta różnica? Bo jak to w życiu bywa rzeczywistość jest nieistotna – istotna jest percepcja. I tu muszę się ci do czegoś przyznać. To co przeczytasz za chwilę twój mózg przewiduje z wyprzedzeniem kilku milisekund. Podobnie jak z wyprzedzeniem kilku milisekund tworzy sobie obraz rzeczywistości. Zanim się ona wydarzy. Ale o tym… kiedy indziej.