Mikro-narracje, kotki, blender i inne wpisy

Opublikowano Kategorie Bez kategorii

Ponieważ ostatnio częściej udzielam się na innych blogach, niż na swoim, postanowiłem podzielić się z Wami przynajmniej zajawkami tego, co ostatnio stworzyłem i odesłać was do miejsc w internecie gdzie jako twórca za przeproszeniem tworzę. Ostatnio najwięcej tego było na blogu Nowych Kompetencji i na blogu Espresso 1882 Australia. 

Na początek wspomniane w tytule mikro-narracje. Temat, który ostatnio mnie fascynuje i wałkuję go dość często na konferencjach i szkoleniach. Czemu? Bo mikro-narracje to przyszłość brandingu i marketingu. Przynajmniej jeśli chodzi o budowanie opowieści o marce i tworzenie sensownych relacji z klientami.

Kiedyś tworzenie marki było zadaniem dla marketingowców z kompleksem Boga, którzy w swojej pasji Pigmaliona tworzyli nowy byt – obiekt, symbol, kult, który oddziaływał na ludzi. Było łatwiej. Jedna obowiązująca narracja. Jeden język. Kilka dominujących kanałów dystrybucji narracji, nad którymi można było mieć totalną kontrolę. Czego chcieć więcej? Tak powstawały wielkie marki – w głowach kreatywnych twórców, którzy niczym Goebbelsi marketingu uruchamiali procesy bazujące na Big Ideas. Just do it, Diamonds are forever, Does she or doesn’t she. Ten świat jednak powoli odchodzi w zapomnienie. Niedługo będziemy mogli go jedynie podglądać w serialu Mad Men. Więcej o demokratyzacji marek przeczytasz w tym wpisie na blogu nowych kompetencji.

Jeśli zaś chcecie więcej, to polecam wywiad, który przeprowadziła ze mną przed Marketing Day Kamila. To była fajna rozmowa. Nie wiem, gdzie siedziała Kamila, ale ja siedziałem w samochodzie w drodze do Kołobrzegu i przez zestaw głośnomówiący (żeby nie było) starałem się odpowiadać składnie. Efekt tutaj.

A gdybyście jeszcze więcej chcieli posłuchać o mikro-narracjach, to polecam moje wystąpienie z Aula Trójmiasto, lub z Marketing Day. Oba w podobnym temacie, więc ze świętym spokojem możecie obejrzeć tylko jedno, żeby nie mieć dość mojej gęby i głosu.

Jeśli z kolei chcielibyście dowiedzieć się jakie zasady rządzą komunikacją wizualną w social media, to polecam inny wpis na blogu Nowych Kompetencji. Treści wizualne to coś co lubię. Słowo „treści” w naszym rodzimym języku ma węższy zakres semantyczny niż angielski odpowiednik ‘content’, a nawet jego spolszczona wersja ‘kontent’. Kiedy mówię kontent, zawsze mam na myśli całość – treści pisane, nagrywane, mówione, rysowane, malowane, upieczone i inne. Innymi słowy wszystko, co stanowi marketingowy lep na użytkownika, który szuka akurat jakiejś określonej… treści. Choćby treści… żołądka. Jeszcze innymi słowy: mówiąc kontent, mam na myśli wpisy, posty, tweety, zdjęcia, infografiki, memy, prezentacje, ebooki i próbki wszelkiego rodzaju. Tym razem będę mówił jednak o szczególnie mi bliskim rodzaju kontentu, czyli o obrazkach. Ale nie “świętych” czy takich, które można znaleźć na ścianach korytarzy w podstawówce, prezentujących artystyczne bohomazy pod tytułem „Pierwszy dzień jesieni”, tylko o fajnych obrazkach do social media (lub jak ktoś woli: mediów społecznościowych). Więcej o tym jak tworzyć te treści do SM tutaj.

Dla anglojęzycznych miłośników psychologii i jej praktycznych zastosowań mam kilka innych wpisów. Jeśli chcesz dowiedzieć się jakie korzyści mogą płynąć z siedzenia w jednym miejscu i nie uleganiu modzie na nomadyzm, przeczytaj ten wpis pt. Forget Excitement And Rediscover Stationary Lifestyle, który był inspirowany genialną książką The Art of Stillness: Adventures in Going Nowhere.

Dla szukających sposobów na wzmocnienie siły woli inny wpis, inspirowany moją idolką Kelly McGonigal – How to Scientifically Boost Willpower & Get Things Done (finally). A jeśli przy okazji budowania lepszej wersji własnej osoby chcesz sięgnąć po coś na temat żywienia, to polecam wpis o aplikacjach mobilnych – 6 Recipe Apps to Help You Boost Health.

No i zupełnie na koniec – moja prezentacja z naprawdę fajnego wykładu, który miałem okazję wygłosić w PPNT na temat Storytellingu.