Każdy jest kowalem własnego losu: #prawda_czy_fałsz_22

Opublikowano Kategorie Lifestyle, Psychologia, Tak tylko mówię

12 lat temu ciężko zachorowałem. Najpierw z grypą tańczyłem w spektaklu „Janosik na szkle malowane” w reżyserii Krystyny Jandy. Potem grypa przerodziła się w zapalenie oskrzeli, a ja skakałem w spektaklu „Ania z Zielonego Wzgórza”. Potem zapalenie oskrzeli przeszło w zapalenie płuc, a zapalenie płuc w zapalenie mięśnia sercowego. Wtedy o tym nie wiedziałem. Po prostu fatalnie się czułem i nadal funckjonowałem. Bo w teatrze jest tylko jednak przyczyna nieobecności w pracy. Śmierć. Ale nie kogoś bliskiego. Własna.

Nie umarłem. Ale padłem. Nie na scenie. To byłoby heroiczne i romantyczne. Padłem  w Gliwicach. Po tym, jak wspiąłem się na drugie piętro kamienicy do mieszkania wujostwa, u których mieliśmy spędzać rodzinnie Wielkanoc. 

Jeśli masz gdzieś paść na serce, to najlepiej na Śląsku. Mają tam świetną kardiologię. Mi pomogło też to, że mój kuzyn był wtedy lekarzem w szpitalu w Gliwicach, więc bez problemu przyjęto mnie na oddział. Nie musiałem czekać. Nie musiałem cierpieć. Potem – dzięki znajomościom – udało się też załatwić leczenie. Najlepsze.

Gdy przyszła pora rekonwalescencji, zamieszkałem u rodziców. Opiekowali się mną. Nie miałem już pracy, ale miałem wsparcie społeczne i oszczędności. I świadomość, że w razie czego mogę liczyć na pomoc rodziny. Potem dzięki wsparciu społecznemu udało mi się znaleźć bezpłatny staż, który potem przerodził się w płatną pracę. W pracę, do której mogłem dojeżdżać bez problemu autobusem i SKM. Mieszkałem w dobrze skomunikowanym mieście. Tę pracę dostałem też głównie dlatego, że byłem dobrze wykształcony i znałem świetnie angielski. BO RODZICE od 5 roku życia posyłali mnie na angielski do native speakera.

Gdy opowiadam tę historię, sam sobie mogę zaserwować iluzję sprawczości. Poczucia kontroli nad losem. Czy byłem wytrwały? TAK. Czy byłem pracowity? TAK. Czy choroba była punktem zwrotnym w moim życiu? Jak najbardziej. Byłem jedną z tych osób, u których obserwuje się wzrost posttraumatyczny. A nie stres pourazowy. 

To czy jesteś w grupie szczęściarzy, którzy urosna po traumie NIE zależy od CIEBIE. Zależy od tego, jakie masz wsparcie społeczne. Jaką konstrukcję i jaki stopień elastyczności (ang. resilience). Twój los zależy też od genów. I od sposobu interpretowania rzeczywistości. I ten ostatni czynnik można kształtować. Pozostałe to wygrana na loterii. 

Iluzja równych szans bywa szkodliwa. Głównie dlatego, że jest nieprawdziwa. Badania socjologiczne i psychologiczne pokazują, że skok społeczny jest trudny. Możliwy, ale trudny. Trudniejszy dla ludzi z mniejszych miejscowości, z dostępem do gorszej medycyny i gorszej edukacji. 

My jednak lubimy się mamić historiami od zera do milionera, które serwują nam… milionerzy. Często w swoich historiach gloryfikując trudności i zaniedbując czynniki społeczne i rodzinne, które miały wpływ na ich sukces. Wśród znajomych mam takich, którzy też wolą pozować na takich, którzy do wszystkiego doszli sami. Zapominając, że pomogły pieniądze na start od taty. 

Niezrozumienie położenia tego drugiego człowieka, któremu jest trudniej „wykuwać swój los” skutkuje czasem kuriozalnymi wypowiedziami. Które cechuje typowy i powszechny błąd – podstawowy bład atrybucji. Nasze niepowodzenia i klęski potrafimy wytłumaczyć kontekstem i wpływem społecznym, czy gospodarczym. Czyjeś klęski czy nieumiejetność wyjścia z trudnej sytuacji życiowej tłumaczymy lenistwem, brakiem inicjatywy. Czyli nas tłumaczy kontekst. Inni są sami sobie winni. To tak jak z jazdą samochodem. Jak ja jadę za szybko, to mam na pewno ważny zewnętrzny powód. Jak ktoś jedzie za szybko i mnie wyprzedza, to na pewno jest nieodpowiedzialnym debilem.

Jak ktoś nie osiągnął sukcesu, to pewnie się nie starał… Pamiętam, jak kiedyś siedziałem na konferencji, na której prelegentka – biała wykształcona kobieta z dużego miasta – przekonywała, że w „Polsce biedy nie ma”. Że pieniądze leżą na ulicy. Że wystarczy chcieć. Nie zawsze!

Nazywam to „syndromem Marii Antoniny”. Martyna Wojciechowska narzeka, że młodzi nie pracują dla idei, tylko chcą pieniędzy. Joanna Przetakiewicz narzeka, że przez #MeToo faceci nie prawią komplementów. Znany influencer nadaje pełną peanów audycje z Amazona, a gdy ktoś zwraca uwagę na warunki pracy w polskich magazynach firmy, mówi…, że przecież każdy z tych ludzi może chwycić sprawy we własne ręce i założyć działalność.

Nie mają chleba, niech jedzą ciastka.

Mam świadomość mojego uprzywilejowania. Z czasem coraz większą. I wiem, że po części każdy z nas jest kowalem własnego losu. Ale to czy mamy w tej kuźni pełne wyposażenie, wsparcie znajomych, którzy podeślą zlecenia i możliwości szkolenia już nie jest zawsze naszą zasługą. Choć wiem, że większość ludzi, którzy odnieśli sukces trochę gloryfikują swoją drogę do niego. To też błąd poznawczy – egotyczne zniekształcenie pamięci.

O uprzywilejowaniu mówi pięknie… Cameron Russel – modelka, którą ma świadomość jak dużo wygrała na genetycznej loterii. Ja też wygrałem i żadna w tym moja zasługa. Nie będę więc doradzał komuś, że wszystko w jego rękach. Bo to okrutne. 

Nawet w tej samej rodzinie, wśród dzieci urodzonych i wychowanych przez tych samych rodziców pod jednym dachem, pierworodni mają średnio wyższy iloraz inteligencji niż ich młodsi bracia i siostry i zazwyczaj więcej osiągają w życiu. Czy to sprawiedliwe?

Bardzo często o niesprawiedliwość obwinia się kogoś, nawet jeśli tym „kimś” jest „społeczeństwo”. Ale czyją jest winą, że nie urodziłeś się pierwszy? Jeśli jedna grupa społeczna posiada więcej dzieci niż druga, to w grupie z mniejszą ilością dzieci więcej będzie pierworodnych co tym samym da jej przewagę nad innymi grupami. Pomimo całej furii powstałej w wyniku debatowania nad tym czy różne grupy społeczne maja różny potencjał genetyczny, to nawet jeśliby ten potencjał był identyczny, końcowy wynik zawsze będzie odmienny jeśli różna będzie ilość urodzin w tych grupach.

Iloraz inteligencji bliźniaków jest średnio o kilka punktów niższy niż dzieci urodzonych pojedynczo. I czy zależne jest to od dzielenia się zasobami w łonie matki czy też od uwagi jaką rodzice muszą dzielić miedzy bliźniaków po urodzeniu, fakty są takie jakie są – i zdecydowanie nie są sprawiedliwe.

Wielu ludzi nie dostrzega fundamentalnej różnicy między twierdzeniem, że konkretna rzecz – czy to będzie test psychologiczny czy jakaś instytucja – przyczynia się do pokazywania różnic, które już istnieją czy też tworzy różnice, które inaczej nie miałyby szans zaistnieć.

Sztuczne tworzenie różnic, które same z siebie nie istnieją jest dyskryminacją i jakoś można im zaradzić. Ale w ostatnich czasach, niemal każda różnica w osiąganych wynikach niemal automatycznie nazywana jest dyskryminacją i to pomimo niewiarygodnie dużej ilości powodów istnienia tychże różnic między jednostkami i grupami.

Dyskryminacja którą kreuje natura jest znacznie większa niż dyskryminacja tworzona przez ludzi. Same położenie geograficzne sprawia, że posiadanie równych szans jest niemal niemożliwe. Geograficzne korzyści Europy Zachodniej nad Europą Wschodnią – między innymi klimat i żeglowne szlaki wodne – przez stulecia były przyczyną znacznie większych różnic w osiąganych dochodach, niż różnice w dochodach między czarną a białą społecznością w dzisiejszej Ameryce.

Sam fakt innego ukształtowania terenu w różnych częściach Europy sprawił, że legionom rzymskim łatwiej było podbić Zachodnia Europę. Sprawiło to, że jej mieszkańcy korzystali z istnienia najbardziej rozwiniętej cywilizacji tamtego czasu w Europie. Co więcej, ponieważ na tych terenach używany był alfabet rzymski, lokalne języki mają swoje pisemne zapisy o wieki wcześniej niż języki słowiańskie Wschodniej Europy.

Różnica między byciem wykształconym i niewykształconym to różnica ogromna i taką pozostawała przez wieki. Czy winą Słowian było to, że Rzymianom nie chciało się przedzierać przez tak wiele gór by ich podbić?

Dla żyjących w Europie Zachodniej w czasach Rzymskiego Imperium, perspektywa bycia podbity, a dla wielu wyrżniętym przez rzymian, zachęcająca nie była. Ale ich przodkowie skorzystali na ich pechu. I to także nie wydaje się sprawiedliwe. Tak samo jak niesprawiedliwe jest mówienie komuś, że „ma się wziać w garść” i że „pieniądze leżą na ziemi” i że „trzeba zmienić pracę i wziąć kredyt” i że „młodzi jakoś dziwnie nie chcą pracować dla idei”.

Łatwo jest mówić, że się powinno pracować dla idei, jak się ma środki, by to robić. Łatwo jest zapomnieć, że może pieniądzę są na ulicy, ale czasem na „tą ulicę” nie da się tak łatwo dojechać, jeśli jest się jednym z 13 milionów Polaków, którzy nie mają dostępu do komunikacji. Łatwo jest pouczać, gdy się zapomniało jak wygląda świat, albo nigdy go się nie widziało z okien na Złotej 44. Łatwo serwować motywacyjne bzdury, które stanowią narrację do kolejnego seflie sponsorowanego produktem A czy B, gdy się po prostu wygrało na loterii genetycznych i społecznych przywilejów. O wiele trudniej jest starać się z pokorą uznać, że świat nie oferuje sprawiedliwych szans. I z mozołem zabrać się do pracy, by jednak kiedyś tak było. DO ROBOTY!