Brand Your Blog. Blog Your Brand

Opublikowano Kategorie Bez kategorii

Po konferencjach często pisze się podsumowania. Ja zamiast skupiać się na tym, co mi się na Seebloggers podobało (prawie wszystko) i opowiadać o tym, czego mi zabrakło (niewiele), postanowiłem przygotować wpis, który będzie rozwinięciem mojej prezentacji. Mam też nadzieję, że będzie odpowiedzią na kilka pytań, zadanych mi przez blogerów podczas tego Gdyńskiego spotkania. Bo pytania są chyba najfajniejszą częścią spotkań, szkoleń i konferencji. Bo (chociaż to zabrzmi trywialnie) – nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi. Dlatego swoje odpowiedzi przemyślałem i postaram się Was nie zalać mentalnym bredzeniem. Bo zasługujecie na więcej. 

Brand your blog, blog your brand

Moje wystąpienie dotyczyło brandingu. Mam osobiste przekonanie – graniczące z pewnością – że marka to w czasach wzmożonej konkurencji coś, co może nas wyróżniać. Jak w każdej dziedzinie życia społecznego, kulturalnego, gospodarczego a nawet towarzyskiego, najpierw jest znikoma konkurencja, potem trzeba się promować, a potem pozostaje już tylko marka. Oczywiście nie fetyszyzowałbym tak bardzo kreowania marki, gdybym się tym (również naukowo) nie zajmował. Ale jak pokazują trendy mocna marka = wiele fajnych rzeczy, w tym również rozpoznawalność, lojalność i relacje graniczące niemal z sacrum (tak, istnieje coś takiego jak kościół marki).

W polskiej blogosferze zrobiło się ciasno. To cieszy. Ale to oznacza też, że warto poszukać własnej tożsamości, by się wyróżnić. Daleki jestem od szastania tezami „wyróżnij się, albo zgiń”. Zwłaszcza, że często prowadzi to do wyróżniania się najprostszą metodą, jaką jest kontrowersja. Przykładów na Pudelku macie dziennie klika. Określanie tożsamości to nie tylko zresztą zadanie dla blogera. Chociaż akurat właśnie blogerom może pomóc lepiej tworzyć swoją markę. Albo ją trochę uporządkować.

Blogger też człowiek

W przypadku blogerów zawsze chyba mówimy o marce osobistej. To sprawę ustalania i budowania tożsamości tylko pozornie ułatwia. Można iść w kierunku kreacji  totalnej – jak Cyber Marian czy też w kierunku autokreacji – jak Jason Hunt. Można też iść w kierunku stworzenia ciekawego alter ego, jak w przypadku Zwierza Popkulturalnego. Każdy z tych zabiegów jest ciekawy, choć niewymagany. Można po prostu „być sobą”.  I podkreślam – nie wartościuje żadnego z wyborów, zwłaszcza że samo pojęcie „bycia sobą” jest dość nieprecyzyjne. Ale do brzegu. Marka osobista musi opierać się na ustaleniu kilku rzeczy: kim jestem, jakie mam wartości, jaką mam misję i… z kim lub czym będę walczyć. To ostatnie wcale nie oznacza chodzenia na udry i budowania barykad czy ostrzeliwania się z okopów. Ale warto wiedzieć, że na przykład walczymy z ignorancją, albo pseudonauką (ja tak mam). Dlaczego marce jest potrzebny konflikt albo oponent. Bo każdy musi mieć swojego Dartha Vadera, żeby pokazać co jest dla nas ważne. Można nawet walczyć ze źle wyregulowanymi brwiami (o czym wspominałem podczas prezentacji), ale warto. Marka osobista powinna sięgać po takie narzędzie jak storytelling. Każdy jest bohaterem, bohater ma cel i motywację. Ma też wroga, z którym walczy i czeka na zwycięstwo. Opowieść to najlepsze narzędzie komunikowania swoich wartości. I semantyczne narzędzie, które buduje wspólnotę naszych czytelników. Dodatkowo weźcie pod uwagę to, że mózg (tak ten organ, który mamy wszyscy) kocha opowieści. Jak podajecie same dane, to zapala się pole Wernickiego i pole Broca. A jak snujecie opowieść to mózg świeci się jak choinka na święta (kora ruchowa, słuchowa, wzrokowa, jądro półleżące i co tam jeszcze chcecie).

Marka osobista może być też marką z wadami. Tak, ten nurt zresztą zauważamy też w przypadku marek kreowanych na potrzeby marketingu i sprzedaży produktów. To tzw. flawsome brand w opozycji do flawless brand. Pisałem o tym tutaj. Tak więc nie bójcie się popełniać błędów i dobrze na nie reagować. Z pokorą i wyciągając lekcje, bo fajnie się mylić i uczyć.

Prawda, prawda czasu, prawda ekranu

Marka powinna bazować na prawdzie. Podobnie jednak jak „bycie sobą” tak też kategoria prawdy jest dość dyskusyjna. Jednak jako wojownik prawdy chcę wszystkich przekonywać, że zdecydowanie lepiej wychodzi się kreując wizerunek, który ma solidne podstawy. Wtedy też nie trzeba się martwić, kiedy i co się powiedziało. Nawet autokreacja nie wyklucza prawdy. Czytając wspomnianego Zwierza, nie czuję fałszu. Po prostu po zapoznaniu się z argumentami zaprezentowanymi w opowieści o… zwierzu, przyjmuje to jako fajny zabieg stylistyczny.

What’s the name of the game

A skoro o zabiegach stylistycznych mowa, to chyba najistotniejszą decyzją, którą podejmujemy jest (początkowo) decyzja o nazwie. Kiedy rozmawiałem z Danielem Bagińskim, który w sieci jest Kajzerkiem, powiedział, że radzono mu aby występował pod nazwiskiem. Zapytałem go o historię tego nicka i była ona prawdziwa i atrakcyjna. Co więcej Kajzerek, to mały cesarz, z potencjałem na bycie Kajzerem. Są nazwy, które tworzymy z potrzeby chwili, bądź też są po prostu naturalne w danym momencie. Tak jest na przykład z blogiem Oczekując. Jasne, że ma konotacje związane z okresem oczekiwania na… dziecko, ale kiedy rozmawialiśmy podczas Seebloggers, wcale nie byłem taki przekonany, że muszą zmieniać nazwę. Bo w końcu OCZEKUJĄC ma dość dużą pojemność semantyczną. Oczekujemy na wakacje, na obiad, na premierę filmu. Czasem lepsze jest wrogiem dobrego. Dopóki więc potrafimy sensownie i wiarygodnie pozostać przy pierwotnej nazwie to nie róbmy sobie krzywdy. Chyba, że wiąże się to z całościowych rebrandingiem.

Branding, rebranding dwa kije…

Najsłynniejszym rebrandigniem w polskiej blogosferze była przemiana Kominka w Jasona Hunta. Łączyła się nie tylko ze zmianą nazwy, ale także ze zmianą wyglądu bloga i głównych tematów na nim poruszanych. Wiązało się to też (ponoć, bo nie znam Tomka osobiście, więc nie będę snuć domysłów) z chęcią skoku na głębszą wodę zagranicznej blogosfery. Tak czy inaczej rebranding się dokonał. Jego skuteczność pewnie będzie można zbadać z czasem. Póki co w przypadku tak silnej asocjacji z nazwą Kominek ciągle obie marki są używane wymiennie. Każdy rebranding to ciekawy proces. Warto się zastanowić po co go robimy. Najprostszą stosunkowo kwestią są zmiany w obszarze komunikacji wizualnej. Tu zawsze można coś poprawić. Warto też co dwa lata pomyśleć o podrasowaniu designu bloga, bo jak słusznie mówił Zombie Samurai… blog są brzydkie, a mogą być ładne. Zwłaszcza, że wiele marek udowodniło, że ładne znaczy… dobre. Potwierdzają to też badania dotyczące postrzeganej wyższej funkcjonalności i użyteczności ładniejszych interfejsów.

Marka odpowiedzialna

W trakcie mojej prelekcji na SeeBloggers jak surowy ojciec grzmiałem, że blogerzy mają odpowiedzialność. Może nie za losy świata, ale za to co piszą. I za to, co i jak komentują, a może częściej czego nie komentują. Zwłaszcza, że media tradycyjne trochę pogrążają się w otchłani populizmu, taniej sensacji i… pozostawania na usługach działu marketingu. Nie wszystkie oczywiście, bo byłoby to z mojej strony dużym uogólnieniem. Warto jednak zastanowić się o czym piszemy, z kim piszemy i z kim się fotografujemy. Nie żeby popadać w obsesje, ale żeby uczyć i edukować, bo nawet jeśli mamy pięciu czytelników (w tym mamę i ciocię), to mamy wypływ i (poniekąd) władzę. A władza zmienia. Tak samo jak pieniądze. Więc warto być na tyle odpowiedzialnym, żeby weryfikować to, o czym piszemy. I troche jak lekarze postawić sobie za cel… po pierwsze nie szkodzić.

Jedno przemyślenie nt. „Brand Your Blog. Blog Your Brand”

Możliwość komentowania jest wyłączona.